Polska się zmienia, a Woodstock wciąż taki sam. Niesamowite!
02.08.2010
, aktualizacja: 02.08.2010 08:40
Przez ostatnie trzy dni Kostrzyn nad Odrą zamienił się z 17-tysięcznego miasta w ponad 300-tysięczne. Na 16. Przystanek Woodstock przyjechała młodzież z całej Europy.

Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Woodstokowicze, 30 lipca

Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Nigel Kennedy na 16. Przystanku Woodstock

Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Kostrzyn nad Odrą, 16. Przystanek Woodstock, 30 lipca 2010

Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Kostrzyn nad Odrą, 16. Przystanek Woodstock, 30 lipca 2010
ZOBACZ TAKŻE
- Owsiak w Gorzowie: Przystanek Woodstock na większym polu (18-05-11, 16:01)
- Woodstock 2010: Niezwykle bezpieczne pół miliona osób (04-08-10, 19:01)
- 16. Przystanek Woodstock: do zobaczenia, wrócimy tu za rok (03-08-10, 09:30)
- Kondrat: Najważniejsze jest nasze życie, a nie Polska (03-08-10, 09:10)
- Profesor Chybicka walczy z rakiem (02-08-10, 08:28)
- Marek Piwowski: Nakręćmy "Rejs 3" na Przystanku Woodstock! (02-08-10, 08:25)
- Do Buzka: Czy pan jest Żydem? Woodstokowicze: Wszyscy jesteśmy (31-07-10, 17:01)
- To jest nasz piękny kraj! (31-07-10, 15:51)
- Zimoch: Zróbcie Woodstock w czasie Euro 2012 (31-07-10, 15:47)
- Woodstock w oczach Romana Polańskiego: Na emeryturze pomogę Jurkowi (31-07-10, 15:44)
- Andrzej Kunt: Woodstock nas zmienił (31-07-10, 15:38)
- Woodstock: tu wszyscy są dla ciebie bliscy (30-07-10, 09:39)
- Trzy przedziały, czyli pociągiem na Woodstock (29-07-10, 17:09)
Jurkowi Owsiakowi udało się po raz kolejny udowodnić, że Woodstock to bezpieczny festiwal, mimo że gromadzi się na nim kilkaset tysięcy uczestników. Do tematu bezpieczeństwa wracali organizatorzy 16. Przystanku Woodstock przez cały czas trwania imprezy. Powodem były tragiczne wydarzenia podczas Parady Miłości w Duisburgu. - Poza zwykłymi interwencjami w szpitalach polowych, które są normalne, nie było żadnych poważnych wypadków - mówił Owsiak podczas niedzielnej konferencji prasowej.
W kolejkach do punktów gastronomicznych, na koncertach czy we wiosce piwnej można było usłyszeć również obce języki. Na Woodstock przyjechała młodzież z całej Europy. Najwięcej było Niemców. Pojawili się też Czesi, Ukraińcy i Anglicy. Na namioty woodstockowiczów można było się natknąć nawet kilkaset metrów od pola. Po raz drugi w historii festiwalu pojawiło się również płatne pole namiotowe - Toi Camp. Miejsce zarezerwowało tu sobie kilkaset osób.
Kolejny krwawy rekord
O ogromnym sukcesie mogą na pewno mówić stacje krwiodawstwa, które już tradycyjnie pojawiły się na Przystanku. W specjalnych ambulansach i namiotach woodstockowicze oddawali krew. I znowu pokazali, że można na nich liczyć. - Zaczęliśmy pobierać krew w czwartek. Do soboty zgłosiło się do nas ponad 2,2 tysiące dawców. To dokładnie tylu, co odwiedziło nas w ub. roku przez cztery dni. To oznacza, że padnie kolejny rekord. Liczymy na to, że w niedzielę wieczorem statystyki zamkniemy trzema tysiącami dawców - mówi Zbigniew Urbaniak, dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Zielonej Górze, koordynator woodstockowej akcji poboru krwi.
i rekord Guinnessa
Przed godz. 14 cały Przystanek Woodstock wstrzymał oddech i skupił swoją uwagę na strefie Allegro. A tam 630 perkusistów zaśpiewało: "Mega bas wiezie nas! All For Planet!". I pobiło rekord Guinnessa. W Kostrzynie udało się zebrać największą na świecie orkiestrę grającą na instrumentach pochodzących z recyklingu. Przygotowania do występu trwały dwa dni. Woodstockowicze nie tylko ćwiczyli pod okiem muzyków, ale i własnoręcznie wykonywali instrumenty. Wczoraj wybijali rytmy na starych drukarkach, wiaderkach po farbie, rzeźbach wykonanych z butelek po wodzie i plastikowych beczkach. Choć wielu z nich nie grało wcześniej na żadnym instrumencie, efekt końcowy imponował. Rytmy grane przez setki uczestników festiwalu niosły się przez całe pole. Gdy rozbrzmiało ostatnie uderzenie, muzycy oszaleli. - Jestem szczęśliwy i dumny. Tu jest tylu różnych ludzi, a wszystkim udało się zjednoczyć. Na co dzień nic podobnego się nie zdarza - cieszy się Grzegorz Kwiatkowski z Warszawy, który zagrał na plastikowej beczce.
Woodstockowicze wykonali specjalnie skomponowany na te okazję utwór "All For Planet" - "Wszystko dla planety". Akcja ma uświadomić ludziom, że nie warto zaśmiecać świata rzeczami, które mogą się jeszcze przydać. Poprzedni rekord Guinnessa na największą ekoorkiestrę należał do Brytyjczyków. Ich orkiestra liczyła 280 osób mniej.
Do Kostrzyna przyjechało ponad 300 tys. woodstockowiczów. Każdy z innej bajki, każdy z innymi nadziejami i planami. Niby chodzi o zabawę i muzykę, ale każdy przyjechał na Woodstock także po coś innego.
Żeby popatrzeć na ładne dziewczyny
Sebastian z Kostrzyna przyszedł na Woodstock z kolegą z bloku. Kupił sobie koszulkę z napisem "Szukam drugiej połówki. Może być 0,7". Ma też na sobie dresowe spodenki, sportowe buty z najnowszej linii Pumy. Chłopacy są oliwkowo opaleni, wyróżniają się wśród czarnych koszulek, glanów, poszarpanych dżinsów. Spacerują po polu i przyglądają się dziewczynie w koronkowej sukni ślubnej, zaglądają do śpiącego na ziemi z głową w kartonie młodego człowieka, śmieją się z grupy chłopaków w kolorowych perukach afro. Wszystko ich dziwi i bawi. - Bo to nie są nasze klimaty, ale przychodzimy, bo co robić w Kostrzynie. Tu jest zresztą mega! - mówi Sebastian. - Megadziwni ludzie, pojechani na maksa. Ja zawsze się zastanawiam, gdzie ci ludzie mieszkają, co robią, czy na co dzień też tak wyglądają - mówi Bartek, kolega Sebastiana. Oboje mają po 25 lat. Od dziecka mieszkają w tym samym bloku, wciąż z rodzicami, pracują w jednej z lokalnych fabryk. - Nie imprezujemy tak jak ci punkowcy tutaj. W Kostrzynie mamy inne imprezki, zupełnie inne klimaty. Dyskoteka, trochę techno, trochę disco, wódeczka, drinki, wiesz, zupełnie inna jazda. A w tygodniu jak już, to piwko pod blokiem, bo każdy do roboty z rana. Takie jazdy to nie dla nas, tak spać na ziemi, w tym syfie siedzieć, pić jabole, to jest inny świat - opowiada Sebastian i ogląda się za dziewczyną ubraną w krótkie szorty i koronkowy stanik. - O rany! Gdyby dziewczyny na co dzień tak się ubierały jak tu! Bo trzeba tym punkowcom przyznać, że dziewczyny mają niezłe.
Żeby powspominać hipisowskie czasy
Andrzej przyjechał na Woodstock sam, z Sosnowca. Swój stary, jeszcze z lat 80., jednoosobowy namiot rozbił na wzgórzu. Z tym samym namiotem jeździł na wszystkie Przystanki Woodstock. Ma 45 lat i jest kierowcą tira. Dopiero przyjechał i siedzi na wzgórzu, patrzy na pole ciasno wypełnione kolorowymi namiotami i je kanapkę. - To niesamowite. No, niesamowite. Wszystko tak samo i nic się nie zmienia od lat. Cała Polska się zmieniła przecież, Polacy pracują w korporacjach, mają mieszkania na osiedlach zamkniętych, kredyty, a na Woodstocku ciągle tak samo, ciągle ten sam klimat od lat. Jestem starym hipisem i brakuje mi dawnych czasów. Muszę tu przyjeżdżać, żeby powspominać. Człowiek był wolny. Pakował plecak, łapał stopa i w świat. Podróżowałem po całej Europie, często bez grosza. Łapałem dorywcze prace, to w niemieckim gospodarstwie, na polu, to pasłem owce gospodarzowi we Francji, mieszkałem przez jakiś czas z emerytowanymi profesorami filozofii z Niemiec na plaży na Cyprze. A potem człowiek musiał się ustatkować. Jeżdżę tirem i w sumie ciągle jestem w podróży, to mi pasuje.
Żeby poczuć prawdziwy punk
Szymon z ogromnym irokezem i w woodstockowej koszulce zbiera na polu puste puszki do worka. Potem je odda w specjalnym punkcie i za to weźmie udział w losowaniu. Można wygrać laptop. Ma 25 lat, jest z Lublina i pracuje jako kierowca, rozwozi busem przesyłki. - Jak mnie wkurza, gdy ludzie pytają, na co stawiam włosy. Jasne, że na lakier. Taft, czarny, super ultra z Rossmanna, megamocny. A na co? Na cukier? Czasy się zmieniają, przecież lata 80. już minęły. Niestety. Jestem z Lublina i tam mamy jeszcze trochę punkowe klimaty, knajpy, ludzie. Ale generalnie, to w Polsce wszystko jest już inne, ludzie jarają się modnymi klimatami, elektroniczną muzą, te wszystkie kluby ze skórzanymi sofami, didżeje, after party, owocowe drinki, cały ten modny szajs, wszędzie w Polsce. Punkowcy nie mają gdzie piwa wypić, żeby poczuć swoje klimaty. A dla mnie właśnie punk to moc, prawdziwa zabawa i wolność. Dlatego jeździmy tu, na Woodstock, z ekipą każdego roku, bo nigdzie już nie ma takich punkowych imprez.
Żeby znaleźć miłość
Piotrek z Krakowa chodzi po polu z połówką arbuza na głowie, żeby było chłodno. Zaczepia dziewczyny. Ma koszulkę z napisem "Kocham Bieszczady i jestem romantyczny". - Podobno mam delikatne ręce i dobrze robię masaż. Zaczepiam dziewczyny i proponuję im masaż. Niektóre się zgadzają, kładziemy się na trawie, ściągają bluzki i masuję im plecy. Wiadomo, miła gadka, przyjemny masaż, i od razu łatwiej o znajomość. Owszem, mam nadzieję, że znajdę tu sobie jakąś dziewczynę. W Krakowie jest trudniej, a na Woodstocku dziewczyny są bardziej wyluzowane, pozwalają sobie na więcej. Mam 28 lat i jestem nieustatkowany, i chyba chcę już to zmienić. Co roku Woodstock, Jarocin. Jeżdżę na koncerty po całej Polsce, pracuję dorywczo w knajpie na Starym Rynku w Krakowie i nie mam żadnych poważniejszych obowiązków. Nawet psa ani kota nie mam. Chciałbym mieć własny interes, dziewczynę, wziąć kredyt i kupić mieszkanie gdzieś na krakowskim osiedlu w bloku. Mógłbym otworzyć kebaba, skończyłem przecież technikum gastronomiczne. Ale w Polsce młodym ludziom strasznie trudno się wybić. Szansę mają tylko dzieci bogatych rodziców albo ci, co mają znajomości. Fach w ręku i dobre chęci nie wystarczą. W sumie to nawet nie próbowałem, ale wiem, że się nie uda. Zwykli ludzie nie mają w Polsce szans. Za granicą zresztą też.
W kolejkach do punktów gastronomicznych, na koncertach czy we wiosce piwnej można było usłyszeć również obce języki. Na Woodstock przyjechała młodzież z całej Europy. Najwięcej było Niemców. Pojawili się też Czesi, Ukraińcy i Anglicy. Na namioty woodstockowiczów można było się natknąć nawet kilkaset metrów od pola. Po raz drugi w historii festiwalu pojawiło się również płatne pole namiotowe - Toi Camp. Miejsce zarezerwowało tu sobie kilkaset osób.
Kolejny krwawy rekord
O ogromnym sukcesie mogą na pewno mówić stacje krwiodawstwa, które już tradycyjnie pojawiły się na Przystanku. W specjalnych ambulansach i namiotach woodstockowicze oddawali krew. I znowu pokazali, że można na nich liczyć. - Zaczęliśmy pobierać krew w czwartek. Do soboty zgłosiło się do nas ponad 2,2 tysiące dawców. To dokładnie tylu, co odwiedziło nas w ub. roku przez cztery dni. To oznacza, że padnie kolejny rekord. Liczymy na to, że w niedzielę wieczorem statystyki zamkniemy trzema tysiącami dawców - mówi Zbigniew Urbaniak, dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Zielonej Górze, koordynator woodstockowej akcji poboru krwi.
i rekord Guinnessa
Przed godz. 14 cały Przystanek Woodstock wstrzymał oddech i skupił swoją uwagę na strefie Allegro. A tam 630 perkusistów zaśpiewało: "Mega bas wiezie nas! All For Planet!". I pobiło rekord Guinnessa. W Kostrzynie udało się zebrać największą na świecie orkiestrę grającą na instrumentach pochodzących z recyklingu. Przygotowania do występu trwały dwa dni. Woodstockowicze nie tylko ćwiczyli pod okiem muzyków, ale i własnoręcznie wykonywali instrumenty. Wczoraj wybijali rytmy na starych drukarkach, wiaderkach po farbie, rzeźbach wykonanych z butelek po wodzie i plastikowych beczkach. Choć wielu z nich nie grało wcześniej na żadnym instrumencie, efekt końcowy imponował. Rytmy grane przez setki uczestników festiwalu niosły się przez całe pole. Gdy rozbrzmiało ostatnie uderzenie, muzycy oszaleli. - Jestem szczęśliwy i dumny. Tu jest tylu różnych ludzi, a wszystkim udało się zjednoczyć. Na co dzień nic podobnego się nie zdarza - cieszy się Grzegorz Kwiatkowski z Warszawy, który zagrał na plastikowej beczce.
Woodstockowicze wykonali specjalnie skomponowany na te okazję utwór "All For Planet" - "Wszystko dla planety". Akcja ma uświadomić ludziom, że nie warto zaśmiecać świata rzeczami, które mogą się jeszcze przydać. Poprzedni rekord Guinnessa na największą ekoorkiestrę należał do Brytyjczyków. Ich orkiestra liczyła 280 osób mniej.
Do Kostrzyna przyjechało ponad 300 tys. woodstockowiczów. Każdy z innej bajki, każdy z innymi nadziejami i planami. Niby chodzi o zabawę i muzykę, ale każdy przyjechał na Woodstock także po coś innego.
Żeby popatrzeć na ładne dziewczyny
Sebastian z Kostrzyna przyszedł na Woodstock z kolegą z bloku. Kupił sobie koszulkę z napisem "Szukam drugiej połówki. Może być 0,7". Ma też na sobie dresowe spodenki, sportowe buty z najnowszej linii Pumy. Chłopacy są oliwkowo opaleni, wyróżniają się wśród czarnych koszulek, glanów, poszarpanych dżinsów. Spacerują po polu i przyglądają się dziewczynie w koronkowej sukni ślubnej, zaglądają do śpiącego na ziemi z głową w kartonie młodego człowieka, śmieją się z grupy chłopaków w kolorowych perukach afro. Wszystko ich dziwi i bawi. - Bo to nie są nasze klimaty, ale przychodzimy, bo co robić w Kostrzynie. Tu jest zresztą mega! - mówi Sebastian. - Megadziwni ludzie, pojechani na maksa. Ja zawsze się zastanawiam, gdzie ci ludzie mieszkają, co robią, czy na co dzień też tak wyglądają - mówi Bartek, kolega Sebastiana. Oboje mają po 25 lat. Od dziecka mieszkają w tym samym bloku, wciąż z rodzicami, pracują w jednej z lokalnych fabryk. - Nie imprezujemy tak jak ci punkowcy tutaj. W Kostrzynie mamy inne imprezki, zupełnie inne klimaty. Dyskoteka, trochę techno, trochę disco, wódeczka, drinki, wiesz, zupełnie inna jazda. A w tygodniu jak już, to piwko pod blokiem, bo każdy do roboty z rana. Takie jazdy to nie dla nas, tak spać na ziemi, w tym syfie siedzieć, pić jabole, to jest inny świat - opowiada Sebastian i ogląda się za dziewczyną ubraną w krótkie szorty i koronkowy stanik. - O rany! Gdyby dziewczyny na co dzień tak się ubierały jak tu! Bo trzeba tym punkowcom przyznać, że dziewczyny mają niezłe.
Żeby powspominać hipisowskie czasy
Andrzej przyjechał na Woodstock sam, z Sosnowca. Swój stary, jeszcze z lat 80., jednoosobowy namiot rozbił na wzgórzu. Z tym samym namiotem jeździł na wszystkie Przystanki Woodstock. Ma 45 lat i jest kierowcą tira. Dopiero przyjechał i siedzi na wzgórzu, patrzy na pole ciasno wypełnione kolorowymi namiotami i je kanapkę. - To niesamowite. No, niesamowite. Wszystko tak samo i nic się nie zmienia od lat. Cała Polska się zmieniła przecież, Polacy pracują w korporacjach, mają mieszkania na osiedlach zamkniętych, kredyty, a na Woodstocku ciągle tak samo, ciągle ten sam klimat od lat. Jestem starym hipisem i brakuje mi dawnych czasów. Muszę tu przyjeżdżać, żeby powspominać. Człowiek był wolny. Pakował plecak, łapał stopa i w świat. Podróżowałem po całej Europie, często bez grosza. Łapałem dorywcze prace, to w niemieckim gospodarstwie, na polu, to pasłem owce gospodarzowi we Francji, mieszkałem przez jakiś czas z emerytowanymi profesorami filozofii z Niemiec na plaży na Cyprze. A potem człowiek musiał się ustatkować. Jeżdżę tirem i w sumie ciągle jestem w podróży, to mi pasuje.
Żeby poczuć prawdziwy punk
Szymon z ogromnym irokezem i w woodstockowej koszulce zbiera na polu puste puszki do worka. Potem je odda w specjalnym punkcie i za to weźmie udział w losowaniu. Można wygrać laptop. Ma 25 lat, jest z Lublina i pracuje jako kierowca, rozwozi busem przesyłki. - Jak mnie wkurza, gdy ludzie pytają, na co stawiam włosy. Jasne, że na lakier. Taft, czarny, super ultra z Rossmanna, megamocny. A na co? Na cukier? Czasy się zmieniają, przecież lata 80. już minęły. Niestety. Jestem z Lublina i tam mamy jeszcze trochę punkowe klimaty, knajpy, ludzie. Ale generalnie, to w Polsce wszystko jest już inne, ludzie jarają się modnymi klimatami, elektroniczną muzą, te wszystkie kluby ze skórzanymi sofami, didżeje, after party, owocowe drinki, cały ten modny szajs, wszędzie w Polsce. Punkowcy nie mają gdzie piwa wypić, żeby poczuć swoje klimaty. A dla mnie właśnie punk to moc, prawdziwa zabawa i wolność. Dlatego jeździmy tu, na Woodstock, z ekipą każdego roku, bo nigdzie już nie ma takich punkowych imprez.
Żeby znaleźć miłość
Piotrek z Krakowa chodzi po polu z połówką arbuza na głowie, żeby było chłodno. Zaczepia dziewczyny. Ma koszulkę z napisem "Kocham Bieszczady i jestem romantyczny". - Podobno mam delikatne ręce i dobrze robię masaż. Zaczepiam dziewczyny i proponuję im masaż. Niektóre się zgadzają, kładziemy się na trawie, ściągają bluzki i masuję im plecy. Wiadomo, miła gadka, przyjemny masaż, i od razu łatwiej o znajomość. Owszem, mam nadzieję, że znajdę tu sobie jakąś dziewczynę. W Krakowie jest trudniej, a na Woodstocku dziewczyny są bardziej wyluzowane, pozwalają sobie na więcej. Mam 28 lat i jestem nieustatkowany, i chyba chcę już to zmienić. Co roku Woodstock, Jarocin. Jeżdżę na koncerty po całej Polsce, pracuję dorywczo w knajpie na Starym Rynku w Krakowie i nie mam żadnych poważniejszych obowiązków. Nawet psa ani kota nie mam. Chciałbym mieć własny interes, dziewczynę, wziąć kredyt i kupić mieszkanie gdzieś na krakowskim osiedlu w bloku. Mógłbym otworzyć kebaba, skończyłem przecież technikum gastronomiczne. Ale w Polsce młodym ludziom strasznie trudno się wybić. Szansę mają tylko dzieci bogatych rodziców albo ci, co mają znajomości. Fach w ręku i dobre chęci nie wystarczą. W sumie to nawet nie próbowałem, ale wiem, że się nie uda. Zwykli ludzie nie mają w Polsce szans. Za granicą zresztą też.
- 15 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Polska się zmienia, a Woodstock wciąż taki sam....
thebird1
02.08.10, 11:20
...z 17-tysięcznego miasta w ponad 300-tysięczne.TV podaje za ludzmi Orkiestry ca 500tys .No to sie umówcie ile było luda.»
-
Polska się zmienia, a Woodstock wciąż taki sam....
blic
02.08.10, 18:06
Bartek, kolega Sebastiana. Oboje mają po 25 latKtóre z nich jest dziewczynką?»
-
Polska się zmienia, a Woodstock wciąż taki sam....
hirnarmer
02.08.10, 22:15
Byłem zwiedzałem, głównie przystanek Jezus»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć