Rok na obrzeżach sportu
2010-01-04
, aktualizacja: 04.01.2010 09:44
Klub sportowy zawiesił szkolenie sportowcom na złość. Ż. miał nam szkolić piłkarskich sędziów, lecz usłyszał zarzuty korupcyjne. Do derbowej walki żużlowców włączyli się prezesi. Zupełnie bez sensu, bo kibice chcieli żyć w przyjaźni i na dowód tego jedni rozwinęli na swojej trybunie płachtę na cześć drugich.
ZOBACZ TAKŻE
- Ford Germaz Ekstraklasa - liga gwiazdami silna (10-01-10, 16:46)
- Walka warta transmisji? Derbowa piłka ręczna już w sobotę (08-01-10, 10:32)
- Siatkówka: Zacząć tak jak kończyliśmy i bić się o czwórkę (08-01-10, 10:23)
- Najważniejsze koszykarskie ruchy jak złoto (07-01-10, 10:12)
SERWISY
Jakiekolwiek podobieństwo do szopki noworocznej jest czysto przypadkowe. Wszystko zdarzyło się naprawdę, na poboczach lubuskiego sportu 2009 r. I zostało opisane w "Gazecie". Zresztą nie tylko o błahostki i absurdy tu chodzi. Na obrzeżach sportowej codzienności opisywaliśmy także problemy poważne, zjawiska osobliwe i zagmatwane historie, które udawało się doprowadzić do krzepiącego końca.
Początek końca prezesa Wontora
- Po wsadzeniu klina przez prezydenta i jego otoczenie już nie wiem, kto rządzi tym klubem. Ja jestem tylko statystą - obwieścił poseł Bogusław Wontor, ustępując z funkcji prezesa futbolowej Lechii Zielona Góra. W maju kończyły się najbardziej nietypowe rządy w miejskim klubie sportowym. Jednak ów klin został wbity na samym początku roku. W styczniu odbyła się w ratuszu przedziwna konferencja. Prezydent miasta Janusz Kubicki obiecał strajkującym piłkarzom wypłaty. Piłkarze i trenerzy się ucieszyli, strajk zakończyli. Przyklasnęła temu część zarządu klubu. Wontor nie przyklasnął. Wszystko odbyło się pod jego nieobecność i oznaczało jawny rozłam w Lechii.
Gdy Wontor odchodził, winą za rozłam obarczył nieomal wszystkich z dziennikarzami włącznie. Mało kto pamiętał wtedy, że z jego prezesurą środowisko piłkarskie wiązało wielkie nadzieje. Miał zaradzić odwiecznej biedzie Lechii. Zaczęło się obiecująco. Jednak później coś się popsuło na linii poseł - prezydent. I Wontor nadział barwy Lechii na sztandar bojowy, pod którym wojował z prezydentem. To nie mogło się dobrze skończyć dla klubu.
Dziś panuje cisza. Sportowcy do końca roku dostawali pieniądze na czas. Kuriozalnie zawdzięczają to wojnie poprzedniego prezesa.
Sport marką Gorzowa
Na północy woj. lubuskiego zespół osób zasiadł do opracowania promocyjnej strategii miasta. Tymczasem "Gazeta" podpowiadała: nie trzeba szukać. Marka już jest - to gorzowski sport.
Niezależnie od naszej argumentacji ktoś pokusił się o obliczenia - wziął pod uwagę liczbę mieszkańców, liczbę drużyn w ligach, poziom. Wyszło na to, że żadne miasto w Polsce nie może się równać z Gorzowem. Skłaniało to do wniosku, że potrzeba jeszcze inwestycji w bazę sportową oraz promocję, by marka stała się przednia i kompletna.
Nie wszyscy wykazali się jednomyślnością. - Stawianie na sport jako markę Gorzowa jest raczej wyrazem bezradności i braku celnego pomysłu niż świadomym wyborem. Jeśli tylko zabraknie kasy, to natychmiast skończą się sukcesy - pisał nasz czytelnik, który podjął polemikę w "Gazecie".
Zespół powołany do opracowania strategii promocyjnej miasta już zakończył misję. Z opublikowaniem raportu zwleka jeszcze. Cokolwiek przeczytamy i usłyszymy, będziemy się upierać: Sport już jest znakomitą marką Gorzowa. Uczynimy ją jeszcze mocniejszą!
Tylko Falubaz!
Prawdopodobnie najbardziej kozacki numer w dziejach tradycji kibicowania. Co bezcenne, odbył się bez cienia wulgaryzmu i przemocy, polegał na błyskotliwym pomyśle i jego brawurowej realizacji.
W czerwcu na stadionie żużlowym w Gorzowie doszło do kolejnej odsłony "świętej wojny", czyli pojedynku drużyn Stali i Falubazu. Na torze zwyciężyli żużlowcy z Gorzowa, lecz na trybunach ich kibice... No cóż, powiedzmy, że dali się podejść, ufnie i ochoczo wpuścili konia trojańskiego.
Trzech fanów żużla z Zielonej Góry przebrało się w gorzowskie barwy. I w tym przebraniu dostali się na najsłynniejszy sektor żużlowych aren, czyli na balkon gorzowskiej "komarówki". Zaporę ochroniarską przebrnęli, tłumacząc, że niosą oprawę meczu, wymierzoną przeciwko drużynie z Zielonej Góry. Przebrani zielonogórzanie wyciągnęli z torby gigantyczne (25x30m), zwinięte jeszcze płótno i ułożyli rulon wzdłuż trybuny. Nakazali. Do pomocy ochoczo włączyli się gorzowscy kibice, gdy padło hasło "już!", fani Stali raźno rozłożyli nad sobą flagę. Przykrywała cały sektor. Gorzowianie trzepotali wielką płachtą, zanim zdali sobie sprawę, że tkwi na niej ogromniasty napis "TYLKO FALUBAZ".
Stal zawiesza szkolenie
W gorzowskim klubie żużlowym istnieje niepisany regulamin: 1. Pracodawca ma zawsze rację. 2. jeżeli pracodawca nie ma racji, to patrz punkt 1. O funkcjonowaniu takiego regulaminu nie wiedzieli najmłodsi zawodnicy w Stali. Prostodusznie podzielili się z dziennikarzem "Tygodnika Żużlowego" swoją największą bolączką - klub zaopatruje ich w tak słabe motory, które nie dają szans na nawiązanie walki z rówieśnikami.
Możliwe, że młodzi zawodnicy liczyli na reakcję prezesów typu - "kurczę, trochę zapomnieliśmy o tych chłopakach, trzeba im szybko kupić lepszy sprzęt". Zamiast tego doczekali się kary, i to przedziwnej. Na złość swoim sportowcom klub sportowy w połowie lipca zawiesił szkolenie.
Wojna prezesów z juniorami potrwała tylko dwa tygodnie. Przez ten czas młodzi gorzowscy żużlowcy odszczekali skargi. I doszli do wniosku, że ich pracodawcy są w porządku. Tak przynajmniej powiedzieli.
Szefem sędziów Stanisław Ż.
Prezes Lubuskiego Związku Piłki Nożnej Mirosław Wrzesiński zgłosił gotowość do opuszczenia prezesowskiego stołka. Podał się do dymisji, po tym jak mianowany przezeń szef lubuskich sędziów usłyszał zarzuty korupcyjne. Wedle prokuratury Stanisław Ż. miał przyjąć łapówkę.
Początek końca prezesa Wontora
- Po wsadzeniu klina przez prezydenta i jego otoczenie już nie wiem, kto rządzi tym klubem. Ja jestem tylko statystą - obwieścił poseł Bogusław Wontor, ustępując z funkcji prezesa futbolowej Lechii Zielona Góra. W maju kończyły się najbardziej nietypowe rządy w miejskim klubie sportowym. Jednak ów klin został wbity na samym początku roku. W styczniu odbyła się w ratuszu przedziwna konferencja. Prezydent miasta Janusz Kubicki obiecał strajkującym piłkarzom wypłaty. Piłkarze i trenerzy się ucieszyli, strajk zakończyli. Przyklasnęła temu część zarządu klubu. Wontor nie przyklasnął. Wszystko odbyło się pod jego nieobecność i oznaczało jawny rozłam w Lechii.
Gdy Wontor odchodził, winą za rozłam obarczył nieomal wszystkich z dziennikarzami włącznie. Mało kto pamiętał wtedy, że z jego prezesurą środowisko piłkarskie wiązało wielkie nadzieje. Miał zaradzić odwiecznej biedzie Lechii. Zaczęło się obiecująco. Jednak później coś się popsuło na linii poseł - prezydent. I Wontor nadział barwy Lechii na sztandar bojowy, pod którym wojował z prezydentem. To nie mogło się dobrze skończyć dla klubu.
Dziś panuje cisza. Sportowcy do końca roku dostawali pieniądze na czas. Kuriozalnie zawdzięczają to wojnie poprzedniego prezesa.
Sport marką Gorzowa
Na północy woj. lubuskiego zespół osób zasiadł do opracowania promocyjnej strategii miasta. Tymczasem "Gazeta" podpowiadała: nie trzeba szukać. Marka już jest - to gorzowski sport.
Niezależnie od naszej argumentacji ktoś pokusił się o obliczenia - wziął pod uwagę liczbę mieszkańców, liczbę drużyn w ligach, poziom. Wyszło na to, że żadne miasto w Polsce nie może się równać z Gorzowem. Skłaniało to do wniosku, że potrzeba jeszcze inwestycji w bazę sportową oraz promocję, by marka stała się przednia i kompletna.
Nie wszyscy wykazali się jednomyślnością. - Stawianie na sport jako markę Gorzowa jest raczej wyrazem bezradności i braku celnego pomysłu niż świadomym wyborem. Jeśli tylko zabraknie kasy, to natychmiast skończą się sukcesy - pisał nasz czytelnik, który podjął polemikę w "Gazecie".
Zespół powołany do opracowania strategii promocyjnej miasta już zakończył misję. Z opublikowaniem raportu zwleka jeszcze. Cokolwiek przeczytamy i usłyszymy, będziemy się upierać: Sport już jest znakomitą marką Gorzowa. Uczynimy ją jeszcze mocniejszą!
Tylko Falubaz!
Prawdopodobnie najbardziej kozacki numer w dziejach tradycji kibicowania. Co bezcenne, odbył się bez cienia wulgaryzmu i przemocy, polegał na błyskotliwym pomyśle i jego brawurowej realizacji.
W czerwcu na stadionie żużlowym w Gorzowie doszło do kolejnej odsłony "świętej wojny", czyli pojedynku drużyn Stali i Falubazu. Na torze zwyciężyli żużlowcy z Gorzowa, lecz na trybunach ich kibice... No cóż, powiedzmy, że dali się podejść, ufnie i ochoczo wpuścili konia trojańskiego.
Trzech fanów żużla z Zielonej Góry przebrało się w gorzowskie barwy. I w tym przebraniu dostali się na najsłynniejszy sektor żużlowych aren, czyli na balkon gorzowskiej "komarówki". Zaporę ochroniarską przebrnęli, tłumacząc, że niosą oprawę meczu, wymierzoną przeciwko drużynie z Zielonej Góry. Przebrani zielonogórzanie wyciągnęli z torby gigantyczne (25x30m), zwinięte jeszcze płótno i ułożyli rulon wzdłuż trybuny. Nakazali. Do pomocy ochoczo włączyli się gorzowscy kibice, gdy padło hasło "już!", fani Stali raźno rozłożyli nad sobą flagę. Przykrywała cały sektor. Gorzowianie trzepotali wielką płachtą, zanim zdali sobie sprawę, że tkwi na niej ogromniasty napis "TYLKO FALUBAZ".
Stal zawiesza szkolenie
W gorzowskim klubie żużlowym istnieje niepisany regulamin: 1. Pracodawca ma zawsze rację. 2. jeżeli pracodawca nie ma racji, to patrz punkt 1. O funkcjonowaniu takiego regulaminu nie wiedzieli najmłodsi zawodnicy w Stali. Prostodusznie podzielili się z dziennikarzem "Tygodnika Żużlowego" swoją największą bolączką - klub zaopatruje ich w tak słabe motory, które nie dają szans na nawiązanie walki z rówieśnikami.
Możliwe, że młodzi zawodnicy liczyli na reakcję prezesów typu - "kurczę, trochę zapomnieliśmy o tych chłopakach, trzeba im szybko kupić lepszy sprzęt". Zamiast tego doczekali się kary, i to przedziwnej. Na złość swoim sportowcom klub sportowy w połowie lipca zawiesił szkolenie.
Wojna prezesów z juniorami potrwała tylko dwa tygodnie. Przez ten czas młodzi gorzowscy żużlowcy odszczekali skargi. I doszli do wniosku, że ich pracodawcy są w porządku. Tak przynajmniej powiedzieli.
Szefem sędziów Stanisław Ż.
Prezes Lubuskiego Związku Piłki Nożnej Mirosław Wrzesiński zgłosił gotowość do opuszczenia prezesowskiego stołka. Podał się do dymisji, po tym jak mianowany przezeń szef lubuskich sędziów usłyszał zarzuty korupcyjne. Wedle prokuratury Stanisław Ż. miał przyjąć łapówkę.
Prezes Wrzesiński ubolewał: - Strasznie mi głupio, bo to ja dałem mu stanowisko. Odbyliśmy wcześniej coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej. Zapytałem wprost: Czy jesteś czysty? Odpowiedział, że tak.
Środowisko sędziów śmiało się z tej argumentacji: - Prezes LZPN dał mu funkcję, bo Ż. miał układy i liczył się w Warszawie. Ale ciągnęła się za nim zła sława i wszyscy przypuszczaliśmy, że jego zatrzymanie to tylko kwestia czasu - opowiadał nam anonimowo lubuski arbiter.
Wrzesiński zawiesił sędziego Ż. i sam poddał swoje prezesowanie pod głosowanie, wystawił się na poważną próbę, nawet nie krępował głosujących swoją obecnością na zebraniu. W tym czasie przebywał na wczasach. Przetrwał większością - 65 proc. głosów. Zastanawiamy się, czy głosujący "za" nie wierzą w złą przeszłość sędziego Ż., czy też im ona nie przeszkadza?
Bo zabrakło na pensje
W sierpniu kryzys gospodarczy zamknął legendarny rozdział zawodowej pracy trenera Tadeusza Aleksandrowicza. W budżecie zielonogórskiego klubu zabrakło pieniędzy na pensje dla szkoleniowca.
Przeciętny koniec nie przystawał do nieprzeciętnych dokonań "Aleksa" i roli, jaką odegrał w zielonogórskiej, a także w polskiej koszykówce. Inna rzecz, że trener sam sobie zgotował początek marnego końca.
Dawno temu Aleksandrowicz tworzył pierwsze niezapomniane oblicze Zastalu Zielona Góra. Z nim trzeba kojarzyć pierwszy awans zespołu z Zielonej Góry do ekstraklasy i pierwsze niezapomniane mecze. Później trener dowodził w znanych koszykarskich firmach, męskich i żeńskich. Był też pierwszym trenerem seniorskiej reprezentacji Polski koszykarzy!
Gdy zdecydował się wrócić do Zielonej Góry, witaliśmy go niczym bohatera. I w nim widzieliśmy gwarancję powrotu zastalowskiej koszykówki do czasów świetności. Prezesi co sezon dozbrajali mu skład i w dwa lata po powrocie Aleksandrowicz przystąpił do kluczowego ataku na ekstraklasę. Jednak atak zakończył się blamażem gwiazdorskiego składu.
Może lepiej by się stało, gdyby "Aleks" musiał odejść właśnie po tym blamażu... Jednak nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za porażkę. Prezesi rzucili mu koło ratunkowe i powierzyli obowiązki drugiego trenera. Ale rok później padły słowa: "posiadanie dwóch trenerów stało się luksusem, na który nas nie stać".
- Nie robię z tego tragedii - zapewniał wtedy szkoleniowiec. Szkoda, że doprowadził do sytuacji, w której z jego odejścia w zasadzie nikt już nie robił tragedii....
Nikt nie wrócił? "Świder", będziesz pierwszy!
Sebastian Świderski - as, jakiego gorzowska siatkówka nigdy wcześniej nie wypuściła w świat - zerwał ścięgno achillesa. Załamany ocenił: - Po takiej kontuzji nie się wraca, nikomu się to nie udało - argumentował "Świder". A chodziło o zakończenie kariery nietuzinkowej. "Świder" długo i wybornie bronił barw Stilonu Gorzów. Później radził sobie w prestiżowej i bogatej włoskiej ekstraklasie. Reprezentacja Polski też miała w nim mocnego gracza. Dla fanów z Gorzowa ważny było także to, że siatkarz nigdy o nich nie zapomniał. Przeciwnie, wicemistrz świata upierał się, że wrócił jeszcze do składu w gorzowskim zespole i tu zakończy karierę. Gdy więc przytrafiło się zdrowotne nieszczęście, w Gorzowie pojawiła się osobliwa forma wyrazu otuchy. "Nikt nie wrócił? ŚWIDER Będziesz pierwszy!" - taki napis pojawił się na billboardzie przy ruchliwym gorzowskim rondzie.
- Co pomyślałem, gdy zobaczyłem billboard? Że to szalony pomysł. Najśmieszniejsze, że w tej akcji brała też udział moja żona. Zupełnie o tym nie wiedziałem - wzruszał się Świderski, gdy wrócił do domu na leczenie i rehabilitację.
W sierpniu przeszedł operację, w grudniu poinformował, że zaczął delikatnie ćwiczyć: - Oderwanie pięty od podłoża przychodzi mi jeszcze z wielkim trudem - opowiadał. Wróci jeszcze do wielkiej gry? Tak czy owak kłaniamy się jego kibicom. Zaprzeczyli potocznej opinii, że w najtrudniejszych chwilach przegrany czy też kontuzjowany sportowiec zostaje sam.
Niekończąca się wojna prezesów
Lubuskie derby żużlowe rozgrzewają głowy do czerwoności. Najgorsze, że nie wszyscy potrafią koncentrować się na zaciskaniu kciuków za swoich. Jeśli głowę tracą stadionowi chuligani, dzieje się coś, do czego - niestety - zdążyliśmy przywyknąć. Jednak u nas... prezes Falubazu Zielona Góra Robert Dowhan uznał, że prezes Stali Gorzów Władysław Komarnicki poniżył jego klub. Domagał się przeprosin. Komarnicki ani myślał przepraszać. Dowhan skierował sprawę do sądu. Za co? Za słowa, które szef gorzowskiego klubu we wrześniu wypowiedział po derbowym meczu z zadymami. Oto dwa cytaty: "Nigdy nie spodziewałem się, że mnie spotka taka haniebna prowokacja ze strony ZKŻ-tu". "Po porażających doświadczeniach przestrzegamy kibiców z całej Polski przed przyjazdami na zielonogórski stadion, gdzie akcentuje się przejawy szowinizmu".
Czy Komarnicki przesadził? No jasne, że tak. Podobnie jak i Dowhan z procesem. Pierwsza rozprawa ma się odbyć 27 stycznia. A może by tak zamiast rozprawy panowie spektakularnie podali sobie ręce? Jeżeli bowiem chcą wymagać od widzów kultury, spokoju i szacunku, warto, żeby najpierw zaczęli wymagać tego od siebie!
Cała Polska szydziła, ale później zamilkła
Bezprecedensowe dokonanie w dziejach ligowych rozgrywek żużlowych mogło zdarzyć się chyba tylko w Zielonej Górze i przyczyniło się do tego, że teraz to Zielona Góra dzierży insygnia stolicy polskiego żużla.
Zaczęło się od strategii, że na mecze u siebie opłaci się - bez względu na pogodę - szykować nawierzchnię toru, ciężką, przyczepną, zwaną plasteliną. Tego założenia Falubaz trzymał się z żelazną konsekwencją, wygrywał wszystkie mecze na własnym stadionie i dobrnął aż do finału ekstraligi 2009. Z finałem zrobił się jednak kłopot, najpierw prozaiczny, lecz później astronomiczny. Na mokry tor październikowa aura sprowadziła deszcz. Wody wchłonął w nadmiarze i nie nadawał się do przeprowadzenia zawodów. Jedna zmiana terminu, druga, trzecia, chałupnicze metody osuszania nawierzchni, palenie opon, folia, dmuchawy - nic nie zdawało egzaminu. Żużlowa Polska zaczęła nam wymyślać od nieudaczników. I co? I trzeba było stanąć pod ścianą, by sięgnąć po środki nadzwyczajne. Zew środowiska - wielkie firmy budowlane i przemysłowe zaangażowały swój ciężki sprzęt. Mieliśmy w Zielonej Górze noc cudu - gigantycznej operacji i przygotowania absolutnie nowego toru. Był tak suchy, że trzeba było rosić go polewaczką. Drużyny z Zielonej Góry i Torunia stoczyły na nim walkę. Falubaz zwyciężył, a kropkę nad i dostawił w Toruniu. Operacja tor stała się więc podoperacją operacji złoto.
Kilka tygodni później w miesięczniku "Puls" ukazał się rysunek satyryczny. Samochód urywa koło na dziurawej - najpewniej - zielonogórskiej ulicy, kierowca objaśnia swojej towarzyszce: - Niestety, to asfalt, nie żużel: tutaj na żadną noc cudów nie ma co liczyć...". Coś w tym jest. W Zielonej Górze łatwo i szybko, nie bacząc na koszty, kieruje się całą parę w żużel. Gdybyśmy potrafili tak dbać o inne sfery miasta, nawet niekoniecznie te sportowe....
Mieszkanie dla mistrza Jelińskiego
Wprawdzie z dopłatą mistrz musiał wysupłać z własnej kieszeni 80 tys. zł, ale też nie chodziło o byle kawalerkę, tylko o ładne dwupoziomowe mieszkanko z tarasem. - W przestronnym holu urządzę minitor wioślarski, czwórka podwójna się zmieści - żartował gorzowski wioślarz Michał Jeliński, mistrz olimpijski z Pekinu. To właśnie w podzięce za złoto dostał od prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka mieszkanie. Czekał na nagrodę do grudnia 2009 r. - Trochę to trwało, ale najważniejsze, że wreszcie jest - cieszył się mistrz wioseł.
Nagradzanie wybitnych sportowców mieszkaniami to już gorzowska tradycja. W Zielonej Górze podobna nie obowiązuje. Dlaczego? W odpowiedzi prezydent Janusz Kubicki zaczyna serię pytań: Z jakiego miasta wywodzi się Tomasz Majewski? Z jakiego Piotr Małachowski? Z jakiego Maja Włoszczowska? Z jakiego Otylia Jędrzejczak? No i jeszcze nie znalazł się nikt, kto udzieliłby kompletu odpowiedzi.
Środowisko sędziów śmiało się z tej argumentacji: - Prezes LZPN dał mu funkcję, bo Ż. miał układy i liczył się w Warszawie. Ale ciągnęła się za nim zła sława i wszyscy przypuszczaliśmy, że jego zatrzymanie to tylko kwestia czasu - opowiadał nam anonimowo lubuski arbiter.
Wrzesiński zawiesił sędziego Ż. i sam poddał swoje prezesowanie pod głosowanie, wystawił się na poważną próbę, nawet nie krępował głosujących swoją obecnością na zebraniu. W tym czasie przebywał na wczasach. Przetrwał większością - 65 proc. głosów. Zastanawiamy się, czy głosujący "za" nie wierzą w złą przeszłość sędziego Ż., czy też im ona nie przeszkadza?
Bo zabrakło na pensje
W sierpniu kryzys gospodarczy zamknął legendarny rozdział zawodowej pracy trenera Tadeusza Aleksandrowicza. W budżecie zielonogórskiego klubu zabrakło pieniędzy na pensje dla szkoleniowca.
Przeciętny koniec nie przystawał do nieprzeciętnych dokonań "Aleksa" i roli, jaką odegrał w zielonogórskiej, a także w polskiej koszykówce. Inna rzecz, że trener sam sobie zgotował początek marnego końca.
Dawno temu Aleksandrowicz tworzył pierwsze niezapomniane oblicze Zastalu Zielona Góra. Z nim trzeba kojarzyć pierwszy awans zespołu z Zielonej Góry do ekstraklasy i pierwsze niezapomniane mecze. Później trener dowodził w znanych koszykarskich firmach, męskich i żeńskich. Był też pierwszym trenerem seniorskiej reprezentacji Polski koszykarzy!
Gdy zdecydował się wrócić do Zielonej Góry, witaliśmy go niczym bohatera. I w nim widzieliśmy gwarancję powrotu zastalowskiej koszykówki do czasów świetności. Prezesi co sezon dozbrajali mu skład i w dwa lata po powrocie Aleksandrowicz przystąpił do kluczowego ataku na ekstraklasę. Jednak atak zakończył się blamażem gwiazdorskiego składu.
Może lepiej by się stało, gdyby "Aleks" musiał odejść właśnie po tym blamażu... Jednak nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za porażkę. Prezesi rzucili mu koło ratunkowe i powierzyli obowiązki drugiego trenera. Ale rok później padły słowa: "posiadanie dwóch trenerów stało się luksusem, na który nas nie stać".
- Nie robię z tego tragedii - zapewniał wtedy szkoleniowiec. Szkoda, że doprowadził do sytuacji, w której z jego odejścia w zasadzie nikt już nie robił tragedii....
Nikt nie wrócił? "Świder", będziesz pierwszy!
Sebastian Świderski - as, jakiego gorzowska siatkówka nigdy wcześniej nie wypuściła w świat - zerwał ścięgno achillesa. Załamany ocenił: - Po takiej kontuzji nie się wraca, nikomu się to nie udało - argumentował "Świder". A chodziło o zakończenie kariery nietuzinkowej. "Świder" długo i wybornie bronił barw Stilonu Gorzów. Później radził sobie w prestiżowej i bogatej włoskiej ekstraklasie. Reprezentacja Polski też miała w nim mocnego gracza. Dla fanów z Gorzowa ważny było także to, że siatkarz nigdy o nich nie zapomniał. Przeciwnie, wicemistrz świata upierał się, że wrócił jeszcze do składu w gorzowskim zespole i tu zakończy karierę. Gdy więc przytrafiło się zdrowotne nieszczęście, w Gorzowie pojawiła się osobliwa forma wyrazu otuchy. "Nikt nie wrócił? ŚWIDER Będziesz pierwszy!" - taki napis pojawił się na billboardzie przy ruchliwym gorzowskim rondzie.
- Co pomyślałem, gdy zobaczyłem billboard? Że to szalony pomysł. Najśmieszniejsze, że w tej akcji brała też udział moja żona. Zupełnie o tym nie wiedziałem - wzruszał się Świderski, gdy wrócił do domu na leczenie i rehabilitację.
W sierpniu przeszedł operację, w grudniu poinformował, że zaczął delikatnie ćwiczyć: - Oderwanie pięty od podłoża przychodzi mi jeszcze z wielkim trudem - opowiadał. Wróci jeszcze do wielkiej gry? Tak czy owak kłaniamy się jego kibicom. Zaprzeczyli potocznej opinii, że w najtrudniejszych chwilach przegrany czy też kontuzjowany sportowiec zostaje sam.
Niekończąca się wojna prezesów
Lubuskie derby żużlowe rozgrzewają głowy do czerwoności. Najgorsze, że nie wszyscy potrafią koncentrować się na zaciskaniu kciuków za swoich. Jeśli głowę tracą stadionowi chuligani, dzieje się coś, do czego - niestety - zdążyliśmy przywyknąć. Jednak u nas... prezes Falubazu Zielona Góra Robert Dowhan uznał, że prezes Stali Gorzów Władysław Komarnicki poniżył jego klub. Domagał się przeprosin. Komarnicki ani myślał przepraszać. Dowhan skierował sprawę do sądu. Za co? Za słowa, które szef gorzowskiego klubu we wrześniu wypowiedział po derbowym meczu z zadymami. Oto dwa cytaty: "Nigdy nie spodziewałem się, że mnie spotka taka haniebna prowokacja ze strony ZKŻ-tu". "Po porażających doświadczeniach przestrzegamy kibiców z całej Polski przed przyjazdami na zielonogórski stadion, gdzie akcentuje się przejawy szowinizmu".
Czy Komarnicki przesadził? No jasne, że tak. Podobnie jak i Dowhan z procesem. Pierwsza rozprawa ma się odbyć 27 stycznia. A może by tak zamiast rozprawy panowie spektakularnie podali sobie ręce? Jeżeli bowiem chcą wymagać od widzów kultury, spokoju i szacunku, warto, żeby najpierw zaczęli wymagać tego od siebie!
Cała Polska szydziła, ale później zamilkła
Bezprecedensowe dokonanie w dziejach ligowych rozgrywek żużlowych mogło zdarzyć się chyba tylko w Zielonej Górze i przyczyniło się do tego, że teraz to Zielona Góra dzierży insygnia stolicy polskiego żużla.
Zaczęło się od strategii, że na mecze u siebie opłaci się - bez względu na pogodę - szykować nawierzchnię toru, ciężką, przyczepną, zwaną plasteliną. Tego założenia Falubaz trzymał się z żelazną konsekwencją, wygrywał wszystkie mecze na własnym stadionie i dobrnął aż do finału ekstraligi 2009. Z finałem zrobił się jednak kłopot, najpierw prozaiczny, lecz później astronomiczny. Na mokry tor październikowa aura sprowadziła deszcz. Wody wchłonął w nadmiarze i nie nadawał się do przeprowadzenia zawodów. Jedna zmiana terminu, druga, trzecia, chałupnicze metody osuszania nawierzchni, palenie opon, folia, dmuchawy - nic nie zdawało egzaminu. Żużlowa Polska zaczęła nam wymyślać od nieudaczników. I co? I trzeba było stanąć pod ścianą, by sięgnąć po środki nadzwyczajne. Zew środowiska - wielkie firmy budowlane i przemysłowe zaangażowały swój ciężki sprzęt. Mieliśmy w Zielonej Górze noc cudu - gigantycznej operacji i przygotowania absolutnie nowego toru. Był tak suchy, że trzeba było rosić go polewaczką. Drużyny z Zielonej Góry i Torunia stoczyły na nim walkę. Falubaz zwyciężył, a kropkę nad i dostawił w Toruniu. Operacja tor stała się więc podoperacją operacji złoto.
Kilka tygodni później w miesięczniku "Puls" ukazał się rysunek satyryczny. Samochód urywa koło na dziurawej - najpewniej - zielonogórskiej ulicy, kierowca objaśnia swojej towarzyszce: - Niestety, to asfalt, nie żużel: tutaj na żadną noc cudów nie ma co liczyć...". Coś w tym jest. W Zielonej Górze łatwo i szybko, nie bacząc na koszty, kieruje się całą parę w żużel. Gdybyśmy potrafili tak dbać o inne sfery miasta, nawet niekoniecznie te sportowe....
Mieszkanie dla mistrza Jelińskiego
Wprawdzie z dopłatą mistrz musiał wysupłać z własnej kieszeni 80 tys. zł, ale też nie chodziło o byle kawalerkę, tylko o ładne dwupoziomowe mieszkanko z tarasem. - W przestronnym holu urządzę minitor wioślarski, czwórka podwójna się zmieści - żartował gorzowski wioślarz Michał Jeliński, mistrz olimpijski z Pekinu. To właśnie w podzięce za złoto dostał od prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka mieszkanie. Czekał na nagrodę do grudnia 2009 r. - Trochę to trwało, ale najważniejsze, że wreszcie jest - cieszył się mistrz wioseł.
Nagradzanie wybitnych sportowców mieszkaniami to już gorzowska tradycja. W Zielonej Górze podobna nie obowiązuje. Dlaczego? W odpowiedzi prezydent Janusz Kubicki zaczyna serię pytań: Z jakiego miasta wywodzi się Tomasz Majewski? Z jakiego Piotr Małachowski? Z jakiego Maja Włoszczowska? Z jakiego Otylia Jędrzejczak? No i jeszcze nie znalazł się nikt, kto udzieliłby kompletu odpowiedzi.
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



