Gazetowa akademia nagradza najlepszych, upomina zbłąkanych. Bohaterowie roku 2010

Andrzej Tomasik, Ireneusz Klimczak, Kamil Siałkowski, Cezary Konarski
07.01.2011 , aktualizacja: 07.01.2011 16:40
A A A Drukuj
Tadeusz Jędrzejczak w szaliku gorzowskiej drużyny koszykarskiej?
Może faktycznie ktoś prezydenta nam podmienił Fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta Tadeusz Jędrzejczak w szaliku gorzowskiej drużyny koszykarskiej? Może faktycznie ktoś prezydenta nam podmienił
To był rok pod znakiem koszykarzy Zastalu, także ich nowego obiektu. Dlatego zielonogórski basket pod rozmaitymi postaciami zgarnia aż pięć naszych umownych Oskarów w wymyślonych przez dziennikarzy "Gazety" kategoriach. Ale oczywiście nie samą koszykówką żyliśmy przez 12 miesięcy. Oto nasze doroczne naj, naj, naj lubuskiego sportu.
Sztab trenerski Reszty Świata pozuje specjalnie dla czytelników
Fot. Ireneusz Klimczak / Agencja
Sztab trenerski Reszty Świata pozuje specjalnie dla czytelników "Gazety" - Dariusz Maciejewski i pracująca w Spartaku Moskwa Amerykanka Pokey Chatman
Władysław Komarnicki w swoim żywiole. Z mikrofonem w dłoni
Fot. Piotr Iytnicki / AG
Władysław Komarnicki w swoim żywiole. Z mikrofonem w dłoni
Oferta dla amatorów ścigania się na rowerach górskich jest w woj. lubuskim jak trasa Piekła Przytoku: długa, szeroka i wyczerpująca
Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Oferta dla amatorów ścigania się na rowerach górskich jest w woj. lubuskim jak trasa Piekła Przytoku: długa, szeroka i wyczerpująca
Koszykarze Zastalu w starej hali świętują awans do elity. By po kilku miesiącach zagrać na salonach już w nowiutkiej hali na 5 tys. widzów
Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Koszykarze Zastalu w starej hali świętują awans do elity. By po kilku miesiącach zagrać na salonach już w nowiutkiej hali na 5 tys. widzów
W rok zbiera się tyle niepowtarzalnych przeżyć, chwil nieopisanej radości, momentów zwątpienia, oburzenia, że na koniec chcemy się jeszcze raz im przyjrzeć i wyłonić te najważniejsze. Czy zgadzacie się z wyborami dziennikarskiej kapituły "Gazety"?

Sportowiec roku: TOMASZ GOLLOB

Rodowity bydgoszczanin sportowcem roku w województwie lubuskim? Po trzech latach spędzonych w Stali Gorzów uważamy, że Tomasz Gollob swoimi wynikami jak najbardziej sobie na to zasłużył. Jeśli faktycznie, tak jak możemy przeczytać w książce o nim, jest ukojony spokojem i ciepłem Gorzowa i będzie kapitanował żółto-niebieskiej drużynie do końca kariery, wychowywał przy Śląskiej swoich następców, odważymy się go postawić nawet w jednym rzędzie z Migosiem, Jancarzem, Plechem, Rembasem, Nowakiem, Świstem i Paluchem. Kupiliśmy za grube pieniądze Grand Prix na pięć lat i żyjemy nadzieją, że cały czas będziemy w nim oglądać żużlowca ze Stali.

Mamy kilka przykładów, że Gollob to jest już w dużej części nasz człowiek i 25 września ubiegłego roku, gdy spiker na stadionie we włoskim Terenzano ogłaszał, że Polak został mistrzem świata, niejednemu gorzowianinowi zakręciła się łza w oku. Po sukcesie Jerzego Szczakiela, na kolejne indywidualne polskie złoto na żużlu czekaliśmy aż 37 lat. I w końcu on to zrobił, w stroju w barwach Stali, nasz kapitan. I jak pięknie docenił, że jest z nami. - Najpierw w Tarnowie, a teraz w Gorzowie odzyskałem sportową złość - opowiadał najlepszy żużlowiec świata. - Trafiłem na ludzi, którzy stworzyli warunki i podjęli ze mną ten trud powrotu na szczyt, a teraz spełnienie marzeń. Nie byłoby tych sukcesów bez jazdy w Gorzowie. Każdemu polecam takie trudne tory. Na nich można się rozwijać w obojętnie jakim wieku. Mistrzostwo jest już moje, ale mam zamiar się ścigać jeszcze kilka lat. Są kolejne wyzwania. Obrona tytułu, potem mistrzowski hat-trick. No i ważna sprawa, aby drużynowy tytuł, za moich startów tutaj, wrócił do Stali.

Jeśli o gorzowskości Golloba przekonują prezes Stali Władysław Komarnicki, czy prezydent miasta Tadeusz Jędrzejczak to możemy podejrzewać, że są nieobiektywni, bo akurat oni zakochali się w żużlowym mistrzu od pierwszego wejrzenia. Ostatnio jednak wrażeniami ze spotkania z Gollobem podzielił się trener kadry narodowej koszykarek Dariusz Maciejewski. Mistrz świata miał umówioną wizytę z fizjoterapeutą Jerzym Buczakiem, a piętro wyżej swoją siedzibę ma AZS PWSZ. - Pamiętam super rozmowę z Gollobem, który przypadkiem znalazł się w naszym klubie - wspominał Maciejewski. - Mistrz opowiadał, że znalazł tu drugi dom, ludzi z prezydentem włącznie, gwarantujących mu ukojenie, spokój, pewną przyszłość. To sportowiec z charyzmą, z wielką klasą. Widać, że sportowy Gorzów bardzo go urzekł. My, przedstawiciele innych dyscyplin, możemy sobie wyłącznie życzyć takiej pewności i zaufania.

Gollob w ubiegłym roku był w ekstralidze znakomity. Do średniej biegowej 2,675 pkt nikt się nawet nie zbliżył. Stal pozostała jednak bez medalu. 6., 6., 6. - to miejsca gorzowskiej drużyny po przyjściu do nas Golloba. Jak widać, iście diabelska układanka. Jakieś fatum. Mistrz ma jednak na to swoją teorię. Jeszcze raz wracamy do jego książki. Stal nie może wspiąć się na podium, bo beztrosko zrezygnowała ze swoich wychowanków. Podobno jednak wkrótce i oni, w poważniejszej sile, mają pojawić się w składzie. A Ty mistrzu poprowadź ich na podium, bo fani żużla ligowe medale stawiają na równi z mistrzostwem świata. Tobie mistrzu życzymy obrony złota!

Z LAUREATEM KONKUROWALI:

Michał Jeliński (AZS AWF Gorzów) - mistrz Europy seniorów w wioślarstwie; Samantha Richards (KSSSE AZS PWSZ Gorzów) - wicemistrzyni Polski w koszykówce, uczestniczka mistrzostw świata seniorek.

Drużyna roku: ZASTAL ZIELONA GÓRA

Tak po prawdzie nagrodę otrzymują dwie drużyny Zastalu. Jako pierwsza - ta, która w maju 2010 r. pod szyldem Intermarche Zastal wywalczyła awans do ekstraklasy. Jako druga zaś - ta, która jesienią tak wspaniale zaczęła sezon w elicie. Obydwie opierają się na wspólnym mianowniku. Za sukcesami stoi ten sam trener - Tomasz Herkt. Powtarzają się też nazwiska przynajmniej kilku graczy, którzy wywalczyli awans, a później ofiarnie próbowali i próbują przebić się w Tauron Basket Lidze. I obydwie funkcjonują w tych samych ramach organizacyjnych oraz sponsorskich.

Na ekstraklasę koszykówki Zielona Góra czekała 10 lat - tzn. tyle czasu upłynęło od ostatniego spadku do upragnionego powrotu. Bardzo różnie w tym okresie bywało. Zastal stoczył się nawet do trzeciej ligi. Jednak później aż przez cztery lata z rzędu pukaliśmy do drzwi ekstraklasy. Raz było to pukanie ciche i nieśmiałe, innym razem już głośniejsze. Zdarzył się także rok, w którym zdawało się, że uzbroiliśmy się po zęby i drzwi otworzą się same. Niestety, wszystko brało w łeb. I trudność dostania się do grona najlepszych w Polsce urosła w powszechnym, zielonogórskim przekonaniu do rozmiaru XXL. Zaczynaliśmy rozgrywki raczej skromnym składem, lecz w trakcie trwania znalazły się pieniądze na ważne wzmocnienia. W układzie par na play-off wreszcie sprzyjało szczęście. Niemniej w kluczowych starciach z ŁKS Łódź nie poszło łatwo. Rywal nie dorównywał budżetem ani potencjałem, ale charakteru i nieustępliwości miał w sobie ponad normę. Dziejową misję w ostatnich minutach meczu o być albo nie być spełnił już chyba schodzący z koszykarskiej sceny Jarosław Kalinowski. On jako jedyny spośród obecnych zastalowców wywalczył awans do elity dwa razy. W 1998 r. był naszą wschodzącą gwiazdą. W 2010 r. jako zmiennik podstawowego rozgrywającego Marcina Fliegera musiał poderwać się z ławki w trzecim spotkaniu z ŁKS i przypilnować, by praca z całego sezonu i wcale nietania inwestycja doczekały się zwycięskiego zwieńczenia. Nie wiemy, kiedy pojawi się następna okazja, dlatego dziś w tym miejscu, tłustym drukiem, wszyscy ci koszykarze, którzy w cyklu 2009/2010 przyłożyli ręce do awansu: Artur Busz, Adam Chodkiewicz, Marcin Chodkiewicz, Marcin Flieger, Mateusz Jarmakowicz, Jarosław Kalinowski, Grzegorz Kukiełka, Wojciech Kus, Filip Matczak, Maciej Raczyński, Rafał Rajewicz, Adam Stefanowicz, Grzegorz Szepczyński, Marcel Wilczek, Tomasz Wojdyła, Marcin Wróbel.

Tauron Basket Liga to był dla nas świat pełen niespodzianek. Do szans Zastalu w elitarnym gronie podchodziliśmy bardzo ostrożnie. Wszakże nie wypadało inaczej, gdy kompletowaliśmy zespół z zawodników, którzy za wyjątkiem Tomasza Kęsickiego nie należeli do ekstraligowców. Obowiązywało również hasło, że budżetowo znajdziemy się w gronie najniżej sytuowanych. Seria czterech zwycięstw oszołomiła niczym zbyt duża dawka szampana na początek imprezy. Gdy zwycięstw zrobiło się pięć przy ledwie sześciu rozegranych spotkaniach, a w wyliczance pobitych znaleźli się możni tej ligi i utytułowani, to już w ogóle nie dawało się zachować chłodnej głowy. Zaczęliśmy myśleć, że jak niegdyś Adam Małysz przebojem wdarł się do światowej czołówki skoczków i już w niej pozostał, tak nasz Zastal nie ustanie w poskramianiu faworytów. Rozgrywający Walter Hodge, center Chris Burgess z miejsca stali się idolami, a szybka, odważna, widowiskowa i pełna serca koszykówka zastalowców była jakby nową muzyczną falą z zestawem nowych przebojów. Swoje robiła też otoczka nowej zielonogórskiej hali, o czym więcej piszemy w innej kategorii.

Niestety, końcówka roku 2010 wyszła już o wiele gorzej. Bohaterów zmogły choroby i kontuzje, posypały się srogie porażki. Trochę oklapła atmosfera. Chodzi jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły nam tamtych plusów...

Z LAUREATEM KONKUROWALI

wicemistrzynie Polski, koszykarki KSSSE AZS PWSZ Gorzów; znów grający w ekstraklasie piłkarze ręczni AZS AWF Gorzów.

Trener roku: DARIUSZ MACIEJEWSKI

To już trzeci z rzędu tytuł trenera roku przyznany przez "Gazetę" pierwszemu szkoleniowcowi koszykarskiej drużyny KSSSE AZS PWSZ Gorzów. Tytuł ponownie jak najbardziej zasłużony, bo nie ma takiego drugiego, rodowitego gorzowianina, który rok po roku, w jednej z najpopularniejszych dyscyplin na świecie, walcząc w naprawdę przyzwoitej lidze, wygrywa ze swoim zespołem srebro, ponownie wprowadza gorzowianki do najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie, bierze udział w Meczu Gwiazd Euroligi, a do tego ma zaszczyt przygotowywać polską kadrę do mistrzostw Europy, które w czerwcu odbędą się w kilku miastach w Polsce.

Łatwiej zdobyć niż powtórzyć. Przy każdej rozmowie Maciejewski sugeruje, aby sukcesów i tego jak znakomitą drogę przeszła drużyna KSSSE AZS PWSZ, nie rozpatrywać wyłącznie w kontekście jednego sezonu. Ten zaskakujący marsz w górę trwa od 2005 r., gdy jako beniaminek spokojnie utrzymaliśmy się w najwyższej klasie rozgrywek. Dalej było już wyłącznie lepiej - półfinał play-off, brązowy medal, wreszcie dwa razy wielki finał.

Po ostatnim spotkaniu o złoto w Gdyni pierwszy raz widzieliśmy naszego szkoleniowca tak zapłakanego. On chciał dalej walczyć! Nie mógł wybaczyć sędziom, że w końcówce niesłusznie zabrali nam trzy rzuty osobiste. To jeszcze mogło odwrócić losy spotkania, przedłużyć serię. Z perspektywy czasu to wicemistrzostwo Polski traktuje jak kolejny rekord świata w wykonaniu jego dziewczyn. Przy budżecie jaki udaje się uzbierać w Gorzowie, dalekim od funduszy Wisły Kraków, czy Lotosu Gdynia. Wie, że gdyby nie kontuzja Rosjanki Ludy Sapowej to wymarzone złoto byłoby w naszych rękach

Na chwilę w ubiegłym roku Maciejewski znalazł się w koszykarskim świecie, który bardzo chciałby przenieść do swojego miasta. W pięknej hali w Gdyni, w sztabie trenerskim Reszty Świata, wspierał Amerykankę Pokey Chatman. - Wydaje mi się, że cały czas śnię - trzeba było go widzieć. Cieszył się jak dziecko. - Z zaskoczenia dostałem nagrodę od sportowego życia i myślę, że wykorzystałem ją na tyle, na ile umiałem, a owoce tego zbierze cała gorzowska koszykówka.

Podziel się

  • 7 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Dołącz do nas na Facebooku