Zbrodnia na plebani: Głos kazał mu zabijać

Maja Sałwacka
08.11.2008 , aktualizacja: 18.11.2011 01:14
A A A Drukuj
24-letni Marcin M., który zabił księdza i dwie gosposie, stanie wkrótce przed sądem. Szykuje się jeden z głośniejszych procesów tej dekady. Przedstawiamy rekonstrukcję zbrodni
Kościół w Serbach
Fot. Marcin Olejniczak / AG
Kościół w Serbach
Akt oskarżenia, który wysłali do sądu zielonogórscy prokuratorzy ma 45 stron. W nim drobiazgowy opis trzech okrutnych morderstw na plebaniach w Ciosańcu i Serbach na granicy województw lubuskiego i dolnośląskiego. Do tego zeznania świadków, opinie psychiatrów.

Marcin M. oskarżony jest o potrójne zabójstwo z motywów, według prokuratury, zasługujących na szczególne potępienie - nienawiści do kapłanów rzymskokatolickich i zemsty.

Oskarżony czeka na proces w gorzowskim areszcie. Był karany za kradzieże i rozboje. Miał wtedy 19 lat. Przed sądem będzie odpowiadał jako recydywista.

Wyszedł w grudniu 2006 r. za dobre sprawowanie. Latem 2007 r. wyjechał do Niemiec. Pracował w Karstadt u Niemca polskiego pochodzenia. Ale kiedy pokłócił się z pracodawcą - twierdził, że Niemiec go oszukuje - zjechał znów do Polski. Zatrzymał się u brata matki w Lipinkach k. Sławy. W styczniu br. zaczął zabijać. Twierdzi, że tak kazał mu "głos". W śledztwie przyznał, że mordując księdza, miał przed sobą obraz innego z woj. zachodniopomorskiego, który miał go molestować, gdy był ministrantem. Tamtejsza prokuratura umorzyła śledztwo.

Szybka śmierć

Krystyna Wojciech, gosposia księdza w Ciosańcu, w niedzielę skończyłaby 58 lat. Była bardzo ostrożna, dość nieufna, nie wpuszczała nieznajomych na plebanię. Drzwi otworzyła punktualnie o 17.30. Miała rozpalić w piecu, bo ksiądz kolędował. Kiedy weszła do przedpokoju Marcin M. uderzył ją obuchem siekiery. Jak potem zeznał - nie dostrzegł twarzy kobiety, był pewien, że bije księdza. Kobietę zaciągnął do łazienki, zabrał jej klucze, by splądrować pokoje. Kiedy usłyszał jęk gosposi, wrócił, by ją dobić.

Kościół w Ciosańcu zobaczył tydzień wcześniej. Wybrał się z kuzynką z sąsiedniej wsi, by ustalić termin chrzcin jej dziecka.

11 stycznia Marcin M. wsiadł do autobusu PKS do Sławy. Stamtąd przeszedł piechotą do Ciosańca. Miał na sobie dżinsy, kurtkę w niebieskie pasy i adidasy. Wszedł na plebanię przez okno w dachu. Mimo niskiego wzrostu (1,65 m) bez trudu wspiął się na szczyt. W pokoju zjadł czekoladki, pił piwo, które parafianki przywiozły księdzu z Irlandii, wypalił kilka papierosów. Niedopałki chował do kieszeni, na rękach miał czarne, robocze rękawiczki.

Po zabójstwie skradł magnetofon, cyfrowy aparat, latarkę i książkę z płytami do nauki języka angielskiego. Łupy i pobrudzone krwią ubranie włożył do czarnej walizki księdza. Przebrał się w kurtkę i czarny golf proboszcza. Siekierę odłożył przy garażu. Śledczy ustalili, że ślady DNA pobrane z puszki po piwie oraz z niedopałka papierosa rzuconego za plebanią należą do Marcina M.

Śledczy dotarli do kilku osób, które widziały mężczyznę ciągnącego hałasującą kółkami walizkę. Wymyślił alibi: twierdził, że był z kolegami w Lesznie, a ubrania okazyjnie kupił w lumpeksie. Kiedy dowiedział się, że do Ciosańca jechała policja i karetka, zamarkował telefon do rzekomych kolegów, pytając ich, czy przypadkiem nie mieli wypadku.

To przez volkswagena

Marcin M. przespał noc w Lipinkach. Rano powiedział wujostwu, że znalazł pracę na platformie wiertniczej w Danii. Wsiadł w autobus do Głogowa, wierząc, że tam sprzeda łupy. Ale żaden z komisów nie był zainteresowany. Marcin M. doszedł do Serbów, kilka kilometrów od Głogowa. Kiedy zobaczył kościół - jak opowiada - znów w głowie usłyszał "głos". Przy kościele stał volkswagen, a takim samym - tłumaczył Marcin M. - miał jeździć ksiądz prześladowca z jego młodości.

Wszedł na garaż i czekał na proboszcza. Ks. Władysław Polak wrócił wcześniej z kolędy. Odstawił auto do garażu, otworzył plebanię. Kiedy wrócił na podwórko, zabójca skoczył mu na plecy i uderzył drewnianym świecznikiem na gromnice. Proboszcz próbował uciekać. Cios w głowę był śmiertelny. Potem napastnik uderzał kilkanaście razy. Ciało przeciągnął pod płot, zakrył folią i drewnianą paletą. Wszedł na plebanię, w przedpokoju znalazł młotek. To nim zabił Helenę Rogalę, gosposię proboszcza. Zabrał kilkanaście kopert z pieniędzmi. Razem ponad 60 tys. zł (także w dolarach).

10-letnim volkswagenem polo podjechał do rodziny w Lipinkach. Pod drzwiami zostawił kopertę z 2,6 tys. zł. Telefonicznie tłumaczył, że kolega oddał mu zaległy dług. Prosił rodzinę, by uregulowała jego rachunek za telefon. Sam pojechał do Słubic, wymienił w kantorze kilkaset złotych na euro i... wrócił do Polski. Kiedy w radiu usłyszał, że policja poszukuje skradzionego auta, spalił je razem z łupami pod Krosnem. Zostawił sobie jedynie latarkę i książkę do nauki języka angielskiego.

Stopem dojechał do Zielonej Góry. Zatrzymał się w jednym z hoteli. Po dwóch dniach pojechał taksówką do Poznania. Kupił nowe ubranie, walizkę i komórkę za 2,5 tys. zł. Wsiadł w pociąg do Stargardu Szczecińskiego. Tam zafundował sobie nowe okulary, CB-radio, a z ogłoszenia kupił opla tigrę za ok. 10 tys. zł. Ubrania z napadów wyrzucił na śmietnik.

24 stycznia pojechał do Niemiec, by zemścić się na byłym pracodawcy. Włamał się do jego domu i ukradł dwa pistolety. Nie zastał nikogo w domu. W tym czasie lubuscy policjanci mieli już jego portret pamięciowy. Niemieccy policjanci zatrzymali go 25 stycznia, 100 km od Berlina.

"Głos" linią obrony

Marcin M. twierdzi, że zabijał z zemsty, a kradł tylko dlatego, by zmylić trop. Dowodem ma być to, że z plebani w Serbach nie zabrał wszystkich pieniędzy (zostawił ok. 30 tys. zł). Prawdziwym motywem - mówi Marcin M. - była zemsta na ks. Edwardzie S. Szukał go bez skutku, kiedy wyszedł z więzienia. Zimą zaczął słyszeć w głowie uporczywy "głos", który kazał mu "wyrównać krzywdy". Zeznał, że "głos" zarzucał mu, że "wszystko zniszczył, bo nie zemścił się na Edwardzie S.".

Psychiatrzy uznali, że był w pełni poczytalny. - Słyszane głosy stanowią celową symulację zaburzeń psychicznych i wyraz świadomie przyjętej obrony prawnej, której celem jest uzyskanie korzyści w toku prowadzonego postępowania - czytamy w ekspertyzie. Biegli uznali, że mężczyzna ma skłonności do nadmiernych przeżyć emocjonalnych. Czuł się skrzywdzony i upokorzony.

- Wskazani sędziowie wyznaczą termin pierwszej rozprawy - tłumaczy Anna Błażewicz-Nowak, sekretarz sądowy SO w Zielonej Górze. To może nastąpić już w przyszłym tygodniu. Od decyzji przewodniczącego składu zależeć będzie, czy proces będzie jawny.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Dołącz do nas na Facebooku