Zbrodnia na plebani: Głos kazał mu zabijać
08.11.2008
, aktualizacja: 18.11.2011 01:14
24-letni Marcin M., który zabił księdza i dwie gosposie, stanie wkrótce przed sądem. Szykuje się jeden z głośniejszych procesów tej dekady. Przedstawiamy rekonstrukcję zbrodni
ZOBACZ TAKŻE
- 24-latek odpowie za brutalne mordy na plebanii (05-11-08, 18:57)
- Marcin M: zabiłem księdza i dwie gosposie (18-03-08, 12:00)
- 46-latek ukradł święte obrazy z plebanii (06-11-08, 21:00)
- Morderca z plebani molestowany przez księdza? (04-04-08, 09:07)
- Morderstwa na plebaniach: zabijał dla pieniędzy (21-03-08, 18:13)
- Przyznał się do mordu i był na wizji lokalnej (14-03-08, 19:07)
- 24-letni zabójca gospodyni jest już w Polsce (13-03-08, 12:06)
- Aresztowanie ws. morderstwa gosposi plebanii (27-01-08, 16:27)
- Reportaż: Mordercy księdza przyszli od lasu (18-01-08, 18:51)
- Jest portret mężczyzny zamieszanego w zabójstwo księdza (17-01-08, 14:48)
- Policja szuka sprawców morderstw na plebanii (14-01-08, 19:21)
- Policja łączy morderstwa na plebaniach (13-01-08, 11:35)
SERWISY
Akt oskarżenia, który wysłali do sądu zielonogórscy prokuratorzy ma 45 stron. W nim drobiazgowy opis trzech okrutnych morderstw na plebaniach w Ciosańcu i Serbach na granicy województw lubuskiego i dolnośląskiego. Do tego zeznania świadków, opinie psychiatrów.
Marcin M. oskarżony jest o potrójne zabójstwo z motywów, według prokuratury, zasługujących na szczególne potępienie - nienawiści do kapłanów rzymskokatolickich i zemsty.
Oskarżony czeka na proces w gorzowskim areszcie. Był karany za kradzieże i rozboje. Miał wtedy 19 lat. Przed sądem będzie odpowiadał jako recydywista.
Wyszedł w grudniu 2006 r. za dobre sprawowanie. Latem 2007 r. wyjechał do Niemiec. Pracował w Karstadt u Niemca polskiego pochodzenia. Ale kiedy pokłócił się z pracodawcą - twierdził, że Niemiec go oszukuje - zjechał znów do Polski. Zatrzymał się u brata matki w Lipinkach k. Sławy. W styczniu br. zaczął zabijać. Twierdzi, że tak kazał mu "głos". W śledztwie przyznał, że mordując księdza, miał przed sobą obraz innego z woj. zachodniopomorskiego, który miał go molestować, gdy był ministrantem. Tamtejsza prokuratura umorzyła śledztwo.
Szybka śmierć
Krystyna Wojciech, gosposia księdza w Ciosańcu, w niedzielę skończyłaby 58 lat. Była bardzo ostrożna, dość nieufna, nie wpuszczała nieznajomych na plebanię. Drzwi otworzyła punktualnie o 17.30. Miała rozpalić w piecu, bo ksiądz kolędował. Kiedy weszła do przedpokoju Marcin M. uderzył ją obuchem siekiery. Jak potem zeznał - nie dostrzegł twarzy kobiety, był pewien, że bije księdza. Kobietę zaciągnął do łazienki, zabrał jej klucze, by splądrować pokoje. Kiedy usłyszał jęk gosposi, wrócił, by ją dobić.
Kościół w Ciosańcu zobaczył tydzień wcześniej. Wybrał się z kuzynką z sąsiedniej wsi, by ustalić termin chrzcin jej dziecka.
11 stycznia Marcin M. wsiadł do autobusu PKS do Sławy. Stamtąd przeszedł piechotą do Ciosańca. Miał na sobie dżinsy, kurtkę w niebieskie pasy i adidasy. Wszedł na plebanię przez okno w dachu. Mimo niskiego wzrostu (1,65 m) bez trudu wspiął się na szczyt. W pokoju zjadł czekoladki, pił piwo, które parafianki przywiozły księdzu z Irlandii, wypalił kilka papierosów. Niedopałki chował do kieszeni, na rękach miał czarne, robocze rękawiczki.
Po zabójstwie skradł magnetofon, cyfrowy aparat, latarkę i książkę z płytami do nauki języka angielskiego. Łupy i pobrudzone krwią ubranie włożył do czarnej walizki księdza. Przebrał się w kurtkę i czarny golf proboszcza. Siekierę odłożył przy garażu. Śledczy ustalili, że ślady DNA pobrane z puszki po piwie oraz z niedopałka papierosa rzuconego za plebanią należą do Marcina M.
Śledczy dotarli do kilku osób, które widziały mężczyznę ciągnącego hałasującą kółkami walizkę. Wymyślił alibi: twierdził, że był z kolegami w Lesznie, a ubrania okazyjnie kupił w lumpeksie. Kiedy dowiedział się, że do Ciosańca jechała policja i karetka, zamarkował telefon do rzekomych kolegów, pytając ich, czy przypadkiem nie mieli wypadku.
To przez volkswagena
Marcin M. przespał noc w Lipinkach. Rano powiedział wujostwu, że znalazł pracę na platformie wiertniczej w Danii. Wsiadł w autobus do Głogowa, wierząc, że tam sprzeda łupy. Ale żaden z komisów nie był zainteresowany. Marcin M. doszedł do Serbów, kilka kilometrów od Głogowa. Kiedy zobaczył kościół - jak opowiada - znów w głowie usłyszał "głos". Przy kościele stał volkswagen, a takim samym - tłumaczył Marcin M. - miał jeździć ksiądz prześladowca z jego młodości.
Wszedł na garaż i czekał na proboszcza. Ks. Władysław Polak wrócił wcześniej z kolędy. Odstawił auto do garażu, otworzył plebanię. Kiedy wrócił na podwórko, zabójca skoczył mu na plecy i uderzył drewnianym świecznikiem na gromnice. Proboszcz próbował uciekać. Cios w głowę był śmiertelny. Potem napastnik uderzał kilkanaście razy. Ciało przeciągnął pod płot, zakrył folią i drewnianą paletą. Wszedł na plebanię, w przedpokoju znalazł młotek. To nim zabił Helenę Rogalę, gosposię proboszcza. Zabrał kilkanaście kopert z pieniędzmi. Razem ponad 60 tys. zł (także w dolarach).
10-letnim volkswagenem polo podjechał do rodziny w Lipinkach. Pod drzwiami zostawił kopertę z 2,6 tys. zł. Telefonicznie tłumaczył, że kolega oddał mu zaległy dług. Prosił rodzinę, by uregulowała jego rachunek za telefon. Sam pojechał do Słubic, wymienił w kantorze kilkaset złotych na euro i... wrócił do Polski. Kiedy w radiu usłyszał, że policja poszukuje skradzionego auta, spalił je razem z łupami pod Krosnem. Zostawił sobie jedynie latarkę i książkę do nauki języka angielskiego.
Stopem dojechał do Zielonej Góry. Zatrzymał się w jednym z hoteli. Po dwóch dniach pojechał taksówką do Poznania. Kupił nowe ubranie, walizkę i komórkę za 2,5 tys. zł. Wsiadł w pociąg do Stargardu Szczecińskiego. Tam zafundował sobie nowe okulary, CB-radio, a z ogłoszenia kupił opla tigrę za ok. 10 tys. zł. Ubrania z napadów wyrzucił na śmietnik.
24 stycznia pojechał do Niemiec, by zemścić się na byłym pracodawcy. Włamał się do jego domu i ukradł dwa pistolety. Nie zastał nikogo w domu. W tym czasie lubuscy policjanci mieli już jego portret pamięciowy. Niemieccy policjanci zatrzymali go 25 stycznia, 100 km od Berlina.
"Głos" linią obrony
Marcin M. twierdzi, że zabijał z zemsty, a kradł tylko dlatego, by zmylić trop. Dowodem ma być to, że z plebani w Serbach nie zabrał wszystkich pieniędzy (zostawił ok. 30 tys. zł). Prawdziwym motywem - mówi Marcin M. - była zemsta na ks. Edwardzie S. Szukał go bez skutku, kiedy wyszedł z więzienia. Zimą zaczął słyszeć w głowie uporczywy "głos", który kazał mu "wyrównać krzywdy". Zeznał, że "głos" zarzucał mu, że "wszystko zniszczył, bo nie zemścił się na Edwardzie S.".
Psychiatrzy uznali, że był w pełni poczytalny. - Słyszane głosy stanowią celową symulację zaburzeń psychicznych i wyraz świadomie przyjętej obrony prawnej, której celem jest uzyskanie korzyści w toku prowadzonego postępowania - czytamy w ekspertyzie. Biegli uznali, że mężczyzna ma skłonności do nadmiernych przeżyć emocjonalnych. Czuł się skrzywdzony i upokorzony.
- Wskazani sędziowie wyznaczą termin pierwszej rozprawy - tłumaczy Anna Błażewicz-Nowak, sekretarz sądowy SO w Zielonej Górze. To może nastąpić już w przyszłym tygodniu. Od decyzji przewodniczącego składu zależeć będzie, czy proces będzie jawny.
Marcin M. oskarżony jest o potrójne zabójstwo z motywów, według prokuratury, zasługujących na szczególne potępienie - nienawiści do kapłanów rzymskokatolickich i zemsty.
Oskarżony czeka na proces w gorzowskim areszcie. Był karany za kradzieże i rozboje. Miał wtedy 19 lat. Przed sądem będzie odpowiadał jako recydywista.
Wyszedł w grudniu 2006 r. za dobre sprawowanie. Latem 2007 r. wyjechał do Niemiec. Pracował w Karstadt u Niemca polskiego pochodzenia. Ale kiedy pokłócił się z pracodawcą - twierdził, że Niemiec go oszukuje - zjechał znów do Polski. Zatrzymał się u brata matki w Lipinkach k. Sławy. W styczniu br. zaczął zabijać. Twierdzi, że tak kazał mu "głos". W śledztwie przyznał, że mordując księdza, miał przed sobą obraz innego z woj. zachodniopomorskiego, który miał go molestować, gdy był ministrantem. Tamtejsza prokuratura umorzyła śledztwo.
Szybka śmierć
Krystyna Wojciech, gosposia księdza w Ciosańcu, w niedzielę skończyłaby 58 lat. Była bardzo ostrożna, dość nieufna, nie wpuszczała nieznajomych na plebanię. Drzwi otworzyła punktualnie o 17.30. Miała rozpalić w piecu, bo ksiądz kolędował. Kiedy weszła do przedpokoju Marcin M. uderzył ją obuchem siekiery. Jak potem zeznał - nie dostrzegł twarzy kobiety, był pewien, że bije księdza. Kobietę zaciągnął do łazienki, zabrał jej klucze, by splądrować pokoje. Kiedy usłyszał jęk gosposi, wrócił, by ją dobić.
Kościół w Ciosańcu zobaczył tydzień wcześniej. Wybrał się z kuzynką z sąsiedniej wsi, by ustalić termin chrzcin jej dziecka.
11 stycznia Marcin M. wsiadł do autobusu PKS do Sławy. Stamtąd przeszedł piechotą do Ciosańca. Miał na sobie dżinsy, kurtkę w niebieskie pasy i adidasy. Wszedł na plebanię przez okno w dachu. Mimo niskiego wzrostu (1,65 m) bez trudu wspiął się na szczyt. W pokoju zjadł czekoladki, pił piwo, które parafianki przywiozły księdzu z Irlandii, wypalił kilka papierosów. Niedopałki chował do kieszeni, na rękach miał czarne, robocze rękawiczki.
Po zabójstwie skradł magnetofon, cyfrowy aparat, latarkę i książkę z płytami do nauki języka angielskiego. Łupy i pobrudzone krwią ubranie włożył do czarnej walizki księdza. Przebrał się w kurtkę i czarny golf proboszcza. Siekierę odłożył przy garażu. Śledczy ustalili, że ślady DNA pobrane z puszki po piwie oraz z niedopałka papierosa rzuconego za plebanią należą do Marcina M.
Śledczy dotarli do kilku osób, które widziały mężczyznę ciągnącego hałasującą kółkami walizkę. Wymyślił alibi: twierdził, że był z kolegami w Lesznie, a ubrania okazyjnie kupił w lumpeksie. Kiedy dowiedział się, że do Ciosańca jechała policja i karetka, zamarkował telefon do rzekomych kolegów, pytając ich, czy przypadkiem nie mieli wypadku.
To przez volkswagena
Marcin M. przespał noc w Lipinkach. Rano powiedział wujostwu, że znalazł pracę na platformie wiertniczej w Danii. Wsiadł w autobus do Głogowa, wierząc, że tam sprzeda łupy. Ale żaden z komisów nie był zainteresowany. Marcin M. doszedł do Serbów, kilka kilometrów od Głogowa. Kiedy zobaczył kościół - jak opowiada - znów w głowie usłyszał "głos". Przy kościele stał volkswagen, a takim samym - tłumaczył Marcin M. - miał jeździć ksiądz prześladowca z jego młodości.
Wszedł na garaż i czekał na proboszcza. Ks. Władysław Polak wrócił wcześniej z kolędy. Odstawił auto do garażu, otworzył plebanię. Kiedy wrócił na podwórko, zabójca skoczył mu na plecy i uderzył drewnianym świecznikiem na gromnice. Proboszcz próbował uciekać. Cios w głowę był śmiertelny. Potem napastnik uderzał kilkanaście razy. Ciało przeciągnął pod płot, zakrył folią i drewnianą paletą. Wszedł na plebanię, w przedpokoju znalazł młotek. To nim zabił Helenę Rogalę, gosposię proboszcza. Zabrał kilkanaście kopert z pieniędzmi. Razem ponad 60 tys. zł (także w dolarach).
10-letnim volkswagenem polo podjechał do rodziny w Lipinkach. Pod drzwiami zostawił kopertę z 2,6 tys. zł. Telefonicznie tłumaczył, że kolega oddał mu zaległy dług. Prosił rodzinę, by uregulowała jego rachunek za telefon. Sam pojechał do Słubic, wymienił w kantorze kilkaset złotych na euro i... wrócił do Polski. Kiedy w radiu usłyszał, że policja poszukuje skradzionego auta, spalił je razem z łupami pod Krosnem. Zostawił sobie jedynie latarkę i książkę do nauki języka angielskiego.
Stopem dojechał do Zielonej Góry. Zatrzymał się w jednym z hoteli. Po dwóch dniach pojechał taksówką do Poznania. Kupił nowe ubranie, walizkę i komórkę za 2,5 tys. zł. Wsiadł w pociąg do Stargardu Szczecińskiego. Tam zafundował sobie nowe okulary, CB-radio, a z ogłoszenia kupił opla tigrę za ok. 10 tys. zł. Ubrania z napadów wyrzucił na śmietnik.
24 stycznia pojechał do Niemiec, by zemścić się na byłym pracodawcy. Włamał się do jego domu i ukradł dwa pistolety. Nie zastał nikogo w domu. W tym czasie lubuscy policjanci mieli już jego portret pamięciowy. Niemieccy policjanci zatrzymali go 25 stycznia, 100 km od Berlina.
"Głos" linią obrony
Marcin M. twierdzi, że zabijał z zemsty, a kradł tylko dlatego, by zmylić trop. Dowodem ma być to, że z plebani w Serbach nie zabrał wszystkich pieniędzy (zostawił ok. 30 tys. zł). Prawdziwym motywem - mówi Marcin M. - była zemsta na ks. Edwardzie S. Szukał go bez skutku, kiedy wyszedł z więzienia. Zimą zaczął słyszeć w głowie uporczywy "głos", który kazał mu "wyrównać krzywdy". Zeznał, że "głos" zarzucał mu, że "wszystko zniszczył, bo nie zemścił się na Edwardzie S.".
Psychiatrzy uznali, że był w pełni poczytalny. - Słyszane głosy stanowią celową symulację zaburzeń psychicznych i wyraz świadomie przyjętej obrony prawnej, której celem jest uzyskanie korzyści w toku prowadzonego postępowania - czytamy w ekspertyzie. Biegli uznali, że mężczyzna ma skłonności do nadmiernych przeżyć emocjonalnych. Czuł się skrzywdzony i upokorzony.
- Wskazani sędziowie wyznaczą termin pierwszej rozprawy - tłumaczy Anna Błażewicz-Nowak, sekretarz sądowy SO w Zielonej Górze. To może nastąpić już w przyszłym tygodniu. Od decyzji przewodniczącego składu zależeć będzie, czy proces będzie jawny.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



