Dlaczego w Gorzowie bardzo udał nam się jazz

Dariusz Barański
23.12.2009 , aktualizacja: 23.12.2009 17:07
A A A Drukuj
Przy tej specyfice Gorzowa to nie miało prawa się udać, ale się udało. Rozkwitł jazz - opowiada Bogusław Dziekański z Jazz Clubu Pod Filarami

Fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta
SERWISY
Dariusz Barański: Mówi się, że ta popularność jazzu w Gorzowie, mieście o proweniencji przemysłowej, robotniczej, bez środowiska akademickiego i intelektualnego, to jakiś fenomen. A może takim fenomenem jest sam Dziekański?

Bogusław Dziekański: Nie będę fałszywie skromny. Spokojnie mogę powiedzieć w 30. roku działalności, w takim amerykańskim stylu: tak, ja to zrobiłem. Tylko trzeba jeszcze dodać: przy fantastycznej akceptacji społecznej. Począwszy od władz miasta, z którymi nie zawsze było łatwo, po sponsorów, z którymi generalnie jednak było łatwo. To ludzie, którzy dają mi swoje własne pieniądze i ufają, że dobrze je wydam.

Dziś Filary mają swoją markę, stałych i nowych bywalców, a na dużych i drogich koncertach jest pełna sala. Początki były inne?

- Klub Jazzowy powstał już w 1977 r. i była nas całkiem spora grupka. Nie mieliśmy jednak stałej siedziby. Część ludzi się wykruszyła. Dopiero po trzech latach dostaliśmy nieczynny wtedy klub Pod Filarami. Pierwszym prezesem był Janusz Malendowski, ale on od 1979 r. się wycofał i ja w pewnym momencie zacząłem liderować. Pracowałem wtedy w PEC-u na Gwiaździstej i stamtąd z warsztatu mechanicznego, gdzie hałasowały tokarnie, spawanie odchodziło, dzwoniłem do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, nawiązywałem pierwsze kontakty, załatwiałem koncerty.

Pierwszy koncert?

- Czerwiec 1977. Kino Kopernik i 600 miejsc. Wszyscy byliśmy napaleni. Wymyśliliśmy, że zaprosimy na dwa koncerty zespół Laboratorium, wówczas superhit. Na jednym było 15 osób, na drugim niewiele więcej. Wtedy po raz pierwszy zderzyliśmy się z rzeczywistością. Okazało się, że to, co jest modne w dużych miastach, w Gorzowie zbierze ledwie garstkę osób. Następne koncerty były już w klubie Profil przy Pomorskiej, w sali niewiele większej od Filarów, potem w Kolejarzu, aż do otwarcia Filarów.

Ale jazzu nie odpusciłeś?

- Nie było mowy. Przecież chodziło o jazz. Choć nie zawsze było różowo. Pamiętam koncert Soyki, 5 stycznia 1980 r. Straszna zima, tęgi mróz i graliśmy w ognisku muzycznym przy Chrobrego. Przyszło 10 osób. A koncert Novi Singers, topowego wtedy zespołu w polskim jazzie, owianego legendą, trzeba było odwołać. Okazało się, że fani są, ale gdy przychodzi do zapełnienia sali, to jest już problem. Ale klub trwał, jako jedyny muzyczny klub w mieście, od początku z wyraźnym rysem jazzowym. Miał stałą siedzibę, własną scenę. Były koncerty i dobra muzyka z płyt na co dzień. Od podstaw budowaliśmy własne środowisko fanów. Dobra opinia szła w Polskę. Również dlatego, że ja muzyków nigdy nie przyjmowałem jako zwykly organizator. Postrzegali mnie więc jako jednego z nich, tyle że niegrającego na żadnym instrumencie. Fajne klimaty zaczęły się robić, muzyczne przyjaźnie.

One do dziś pewnie owocują ciekawymi koncertami?

- Również w trudnych dla klubu okresach, kiedy grali choćby tylko za wpływy z biletów. Zaufanie było obustronne: oni wiedzieli, że znajdą dobrą publiczność, ja wiedziałem, że zagrają z sercem. Mogę to obrazowo przedstawić: jak jeździłem w drugiej połowie lat 70. na Jazz nad Odrą do Hali Ludowej, to z początku siadałem na tych najtańszych miejscach na samej górze. Ci muzycy w dole byli dla mnie tacy mali. Ale z roku na rok zacząłem się do nich zbliżać, a oni do mnie. No a dziś okazuje się, że sam jestem elementem polskiej sceny jazzowej. Nie ukrywam, że mam z tego wielką satysfakcję. Tego, co robiłem, nie robiłem przecież za karę. Miałem świadomość celu. A że po drodze czasem człowiek oberwał...

... ?

- Dziś na pewne rzeczy patrzę spokojniej. Kiedyś tego wszystkiego się dopiero uczyłem. Był stres, nieprzespane noce. Wystarczyło, że ktoś powiedział, że to klub elitarny i już trzeba mi było przyciąć dotację. Potem przychodzi moment nowej Polski. Zdobywam fantastycznych sponsorów: BET International, Nestlé Polska, Empik. Gdzie mogę, to załatwiam, i im więcej zdobywam, tym więcej cięta kasa. Ale na wiele rzeczy się już uodporniłem. Zresztą obecnie pejzaż, w jakim działam, jest trochę inny. Dzisiejsi radni, nawet jeśli w klubie nie bywali, to Filary towarzyszyły w ich wrastaniu w nasze miasto. Pewnie mają więcej zrozumienia.

I może oni albo ich dzieci zaliczyły Małą Akademię Jazzu. To przecież już 25 lat istnienia.

- Właśnie MAJ to największy fenomen. Muzyka jazzowa za chwilę będzie miała sto lat i w tym jest 25 lat MAJ. A skoro nowoczesny jazz liczy sobie już 50 lat, to połowa tej historii przypada na naszą Akademię. To coś fantastycznego. Nagle się okazuje, że Gorzów wpisuje się w historię muzyki jazzowej od ćwierć wieku swoją działalnością edukacyjną. Klub można stworzyć, pozyskać mniej lub więcej pieniędzy i dalej prowadzić. Ale sam wiem, jak trudno było przekonać do idei Akademii. Nauczyciele niechętnie patrzyli, a dziś są naszymi sojusznikami. Kiedyś trzeba to było pchać do przodu jak jakiś walec, a dziś okazuje się, że to sukces. I miasto powinno się tym się chwalić, że ma coś wyjątkowego, co tworzy oblicze współczesnej kultury muzycznej, kształtuje odbiorców przygotowanych do obcowania z wyższą kulturą. Tego nie można zaprzepaścić. A był taki moment. Wyobraź sobie, idziesz do urzędnika od kultury i mówisz, że przy takim budżecie nie będzie MAJ. I urzędnik nie robi nic. To był 18. rok działalności, więc co ja jeszcze mogłem udowadniać? I nagle się okazało, że media podjęły temat, społeczeństwo się wstawiło. I pieniądze znalazły się nawet większe niż dotąd.

Jak myślisz, skąd w Gorzowie taka akceptacja dla jazzu?

- Przy tej specyfice miasta to nie miało prawa się udać, ale się udało. Mam taką dewizę: konsekwencja, upór i świadomość celu. Najpierw był klub, potem grupa wyedukowanych odbiorców, potem działalność edukacyjna. To wszystko idzie jakoś naturalnie, nie jest wymyślane na siłę. Minęło 15 lat tej edukacji i spostrzegłem, że nowi ludzie przychodzą do klubu, że zaczynają tę muzykę grać. Pierwszy pojawia się Przemek Raminiak, potem Adam Bałdych, Michał Wróblewski, Bartek Pernal i inni. Oni dziś grają, nagrywają płyty. Mamy już własne środowisko muzyczne. I wtedy dostaję impuls, żeby iść dalej. Czas zaprosić do Gorzowa największe gwiazdy współczesnej muzyki. Zawsze będę głośno mówił, że najważniejszym przełomem były narodziny nowej Polski. Pojawiły się nowe możliwości, bo wcześniej byliśmy jak w klatce. Podskoczyłeś wyżej, to waliłeś głową w sufit i spadałeś na ziemię. A przecież jazz zawsze był muzyką wolności.

Dzięki temu mogłeś zaprosić do gorzowa Richarda Bonę, Brada Mehldau, Leni Stern, czy Nigela Kennedy'ego.

- Kiedy trafiła się okazja ściagnąć Brada Mehldaua, w 15 minut załatwiłem nagłośnienie, fortepian. Poblokowałem miejsca w hotelach i mówię: gramy. Bo gdybym tego nie zrobił, to do końca życia bym sobie nie wybaczył. Tak jak nie mogę odżałować, że nie było z okazji 750-lecia Gorzowa koncertu Joe Zawinula na jego 75. urodziny. Nikt nie podjął tego tematu, a ja wtedy sam przy tak dużych pieniądzach bałbym się podpisać kontrakt. A potem Zawinul wystąpił na 750-leciu Krakowa. Złość fana muzyki dała mi impuls do zaproszenia Richarda Bony. Podzwoniłem, padły pierwsze kwoty. OK, jakoś to będzie, co stracę, to potem odrobię. A potem miasto się dołożyło, sponsorzy - i fajnie wyszło. Ale ja już teraz żyję wiosną, bo będą Ravi Coltrane, John Scofield. Dla mnie to jak bajka. Zawsze mam problem, bo staję na scenie jako organizator i fan. A to podwójne emocje.

Za rok być może będziesz zapowiadał koncert w nowej sali koncertowej. Jaki muzyczny prezent na przyszłe święta?

- Powinno się już bukować terminy. Wprawdzie to jeszcze rok, ale tak się przygotowuje duże projekty. O kim myślę? Do wzięcia jest z takiej półeczki okołojazzowej np. Kate Melua albo Andreas Vollenweider, a dla wielkich fanów jazzu - John McLaughlin. Ciągle mam też mam w głowie Pata Metheny'ego. Pat jest bardzo drogi, ale przecież nie droższy od Rubika. Takimi wydarzeniami możemy akcentować atrakcyjność naszego miasta. Na to jednak potrzeba pieniędzy. Skoro dotujemy sport, żużel, zainwestujmy również w takie koncerty. To w gruncie rzeczy wychodzi taniej, bo fani i tak kupią droższe bilety. Nawet za 200 zł, jeśli przyjedzie na przykład Diana Krall.

A przyjedzie?

- Dlaczego nie? Dla mnie dzisiaj to nie jest problem "czy", ale "kiedy". Jednak moim marzeniem byłby koncert Wayne'a Shortera. Ale nie wiem, czy ten czas już nadszedł. To jest taki stopień świadomości muzycznej, że sami muzycy mają problem zdefiniowania tego, co on gra. To jednak piękna przygoda - być na takim koncercie.

Bogusław Dziekański

Bogusław Dziekański ma 53 lata. Absolwent Technikum Elektrycznego w Gorzowie i zielonogórskiej WSP. Od 30 lat prowadzi klub Pod Filarami. Jego drugą pasją jest jazda na rowerze. Ma córkę Agatę, studentkę germanistyki na UAM w Poznaniu.

Podziel się

  • 15 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Dołącz do nas na Facebooku