Andrzej Kunt: Woodstock nas zmienił
31.07.2010
, aktualizacja: 31.07.2010 15:38
- Ostatnio byłem w szoku, gdy w kościele ksiądz ogłosił modlitwę w intencji uczestników Przystanku Jezus i Przystanku Woodstock. Myślałem, że źle usłyszałem, dotąd modlili się tylko w intencji tych pierwszych - mówi Andrzej Kunt, burmistrz Kostrzyna, miasta Przystanku Woodstock.
ZOBACZ TAKŻE
- Polska się zmienia, a Woodstock wciąż taki sam. Niesamowite! (02-08-10, 08:40)
- Marek Piwowski: Nakręćmy "Rejs 3" na Przystanku Woodstock! (02-08-10, 08:25)
- To jest nasz piękny kraj! (31-07-10, 15:51)
- Zimoch: Zróbcie Woodstock w czasie Euro 2012 (31-07-10, 15:47)
- Woodstock w oczach Romana Polańskiego: Na emeryturze pomogę Jurkowi (31-07-10, 15:44)
- A za Odrą przystanek Niemcy (31-07-10, 15:35)
- Woodstock: tu wszyscy są dla ciebie bliscy (30-07-10, 09:39)
- Twierdza Kostrzyn wita (30-07-10, 09:09)
- Granica: kostrzyński ratusz coraz bliżej starówki (30-07-10, 09:00)
- Doczekaliśmy się! Startuje 16. Przystanek Woodstock [ZDJĘCIA] (30-07-10, 08:47)
- Trzy przedziały, czyli pociągiem na Woodstock (29-07-10, 17:09)
- Nie polatasz nad Woodstockiem (29-07-10, 10:01)
- Owsiak: Woodstockowicze nie czapkują [ZDJĘCIA] (28-07-10, 17:12)
- Przeczytaj i posłuchaj. Woodstock od A do Z (27-07-10, 12:19)
Agnieszka Drzewiecka: Już od sześciu lat Przystanek Woodstock odbywa się w Kostrzynie. Jak ta impreza zmieniła to małe, przygraniczne miasto?
Andrzej Kunt, burmistrz Kostrzyna nad Odrą: - Zmieniło się chyba coś w ludziach. Widzę, że Kostrzyn jest teraz miastem bardziej otwartym. Wiele osób bało się pierwszego Przystanku Woodstock, byli negatywnie nastawieni. Ale ten strach minął od razu, gdy festiwal się rozpoczął. Szybko zobaczyli, że ta impreza to zero agresji, luz, serdeczność. Że ludzie, którzy przyjeżdżają, są po prostu fajni. Jestem przekonany, że teraz opór byłby tak samo silny, gdybyśmy zdecydowali o likwidacji Przystanku.
Słyszało się nawet o tym, że przed pierwszym festiwalem mieszkańcy wywozili swoje dzieci za miasto, wyjeżdżali na działki. Polubili ten festiwal?
- Od razu. Pamiętam taki obrazek: w mieście na trawniku pod blokiem usiadła grupka woodstockowiczów, gitary, śpiewanie, a z bloku wychodzi do nich pan z tacą kanapek. Po pierwszym Woodstocku zrobiliśmy sondę uliczną wśród 2 tys. mieszkańców. 95,6 proc. było za tym, by dalej robić Przystanek. Teraz lato bez Woodstocku byłoby dla nich czymś smutnym. Odkąd zaczęły się prace na polu, z Kostrzyna wyruszają masowe wycieczki rowerowe na pole, to teraz jest miejsce spotkań. Zmieniła się mentalność. Ostatnio byłem w szoku, gdy w kościele ksiądz ogłosił modlitwę w intencji uczestników Przystanku Jezus i Przystanku Woodstock. Myślałem, że źle usłyszałem, dotąd modlili się tylko w intencji Przystanku Jezus! Dziękuję mieszkańcom Kostrzyna za tolerancję i wyrozumiałość, bo wiem, że ta impreza to też tysiące uciążliwości.
Jakie to niewygody?
- Woodstock zmienia życie naszego miasta. Chociażby w takim bardzo osobistym wymiarze, że tylko nieliczne osoby mogą liczyć w tych dniach na urlop. Wszyscy pracownicy sanepidu, policji, straży pożarnej na urlop nie mają szans. W mieście są utrudnienia komunikacyjne, nie da się w tych dniach przejechać przez miasto. Namawiam wszystkich, by na te dni przesiedli się na rowery. Albo to, że trudno zrobić zakupy. Zawsze proszę mieszkańców, by kupowali potrzebne rzeczy wcześniej, żeby na dni festiwalu sklepy były do dyspozycji woodstockowiczów. Problemy z dojazdem do firm mają kierowcy ciężarówek, którzy muszą zostawić towar często tam, gdzie podczas imprezy trudno dojechać. Apelujemy do przedsiębiorców, by podawali godziny przyjazdu ciężarówek. Potrzeba mnóstwo cierpliwego tłumaczenia w wielu sprawach.
Kiedy w Kostrzynie rozpoczynają się przygotowania do Woodstocku?
- Myślenie o kolejnym Woodstocku zaczyna się tak właściwie od razu po zakończeniu Woodstocku. Czekamy na sygnał od Jurka Owsiaka, czy potwierdzają organizację kolejnego festiwalu, i w lutym albo w marcu Jurek mówi "robimy". Spotykamy się w Warszawie albo Kostrzyniu i już tak na poważnie wraca temat Woodstocku. Za każdym razem robimy to od nowa, dementuję wszelkie plotki o jakichś planach pięcioletnich dotyczących organizacji Przystanku Woodstock.
Ta impreza to dla miasta duży wysiłek organizacyjny?
- Dużo pracy było podczas pierwszego Przystanku. Trzeba było sprawdzić teren, podłączyć do sieci wodociągów czy zrobić wielką akcję informacyjną. To było trudne. A teraz tylko podłączamy krany pod istniejącą już sieć, słupy pod prąd, zlecamy policji organizację ruchu, uzgadniamy plan zabezpieczenia miasta. Mnóstwo za to jest dokumentów do przygotowania. Jako przykład podam pewne zdarzenie. Po dwóch pierwszych Przystankach zgłosiła się do nas Najwyższa Izba Kontroli. Chcieli sprawdzić, czy festiwal jest zorganizowany zgodnie z obowiązującym prawem, ponieważ nikt w kraju nie robi tak wielkiej imprezy. I proszę sobie wyobrazić, że trzy osoby sprawdzały dokumentację przez trzy i pół miesiąca, tyle tego było. Dziś nawet im dziękuję za tę kontrolę, bo mamy pewność, że wszystko robimy prawidłowo.
Przy tych wszystkich niedogodnościach i obowiązkach, to jednak Przystanek jest wielką promocją dla miasta.
- Przede wszystkim zmieniło się to, że Kostrzyn nie jest już tylko punktem na mapie. Tu przyjeżdżają ludzie z całego świata, wszyscy teraz kojarzą nas z Woodstockiem. Są miasta, które organizują imprezy, po których mogą dokładnie obliczyć, ile wyłożyli i ile zarobili. My nie jesteśmy w stanie tego policzyć. Ale wiem, ile zyskujemy: ile dzięki festiwalowi mamy wywiadów prasowych, ile jest transmisji telewizyjnych z Kostrzyna, a przecież każdy wie, jak dużo kosztuje minuta przekazu, gdy się ją zleca stacji telewizyjnej. Nie musimy na tę promocję w mediach wydawać nawet złotówki. Na organizację wydajemy około 300 tys., a w mieście zostaje kilka milionów, zatem to po prostu świetny interes. Festiwal sprzyja też pozyskiwaniu inwestorów i środków unijnych, ruszył wielki proces rewitalizacji miasta. Kostrzyn zaczął być postrzegany jako miasto, do którego przyjeżdża cały świat, a więc trzeba poprawić wiele rzeczy. No i poza tym czas Woodstocku to żniwa dla usługodawców, handlowców, PKP.
A sam Woodstock według pana zmienia się?
- Na Woodstocku widać, jak zmienia się Polska, polskie społeczeństwo. Ludzie przyjeżdżają na Przystanek lepszymi samochodami, siedzą w lokalach w mieście, jedzą w restauracjach, stać ich na to. I Woodstock w ten sposób też jest już inny.
Pan dobrze się bawi na Woodstocku?
- Za każdym razem mocno przeżywamy każdy Przystanek, robimy wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo i to nas stresuje. Ale potem, gdy jestem na festiwalowym polu, odpoczywam. Spaceruję i odpoczywam w tej wspaniałej atmosferze, jaka tam jest. Tylu słów "dziękuję", "przepraszam", tylu serdeczności, życzliwości nie ma na co dzień nigdzie. Tam jest taki luz, że nawet ten cały kurz mi nie przeszkadza. No i zero agresji. Poza tym wiele koncertów na Przystankach to koncerty zespołów, za którymi szalało moje pokolenie, więc zawsze świetnie się bawię. Cieszy mnie, że Woodstock robi naprawdę wiele dobrego. Poza tym, że zaspokaja potrzeby przeżyć artystycznych, to organizuje też wielkie zbiórki krwi, edukacyjne akcje ekologiczne, akcje przeciw uzależnieniom. Na Woodstocku trwa zdecydowana walka przeciw narkotykom, i przynosi efekty, jest coraz mniej przypadków zatrzymania kogoś z narkotykami. Przystanek to okazja do dotarcia do ogromnej liczby odbiorców w jednym miejscu, można tam wiele zdziałać.
Andrzej Kunt, burmistrz Kostrzyna nad Odrą: - Zmieniło się chyba coś w ludziach. Widzę, że Kostrzyn jest teraz miastem bardziej otwartym. Wiele osób bało się pierwszego Przystanku Woodstock, byli negatywnie nastawieni. Ale ten strach minął od razu, gdy festiwal się rozpoczął. Szybko zobaczyli, że ta impreza to zero agresji, luz, serdeczność. Że ludzie, którzy przyjeżdżają, są po prostu fajni. Jestem przekonany, że teraz opór byłby tak samo silny, gdybyśmy zdecydowali o likwidacji Przystanku.
Słyszało się nawet o tym, że przed pierwszym festiwalem mieszkańcy wywozili swoje dzieci za miasto, wyjeżdżali na działki. Polubili ten festiwal?
- Od razu. Pamiętam taki obrazek: w mieście na trawniku pod blokiem usiadła grupka woodstockowiczów, gitary, śpiewanie, a z bloku wychodzi do nich pan z tacą kanapek. Po pierwszym Woodstocku zrobiliśmy sondę uliczną wśród 2 tys. mieszkańców. 95,6 proc. było za tym, by dalej robić Przystanek. Teraz lato bez Woodstocku byłoby dla nich czymś smutnym. Odkąd zaczęły się prace na polu, z Kostrzyna wyruszają masowe wycieczki rowerowe na pole, to teraz jest miejsce spotkań. Zmieniła się mentalność. Ostatnio byłem w szoku, gdy w kościele ksiądz ogłosił modlitwę w intencji uczestników Przystanku Jezus i Przystanku Woodstock. Myślałem, że źle usłyszałem, dotąd modlili się tylko w intencji Przystanku Jezus! Dziękuję mieszkańcom Kostrzyna za tolerancję i wyrozumiałość, bo wiem, że ta impreza to też tysiące uciążliwości.
Jakie to niewygody?
- Woodstock zmienia życie naszego miasta. Chociażby w takim bardzo osobistym wymiarze, że tylko nieliczne osoby mogą liczyć w tych dniach na urlop. Wszyscy pracownicy sanepidu, policji, straży pożarnej na urlop nie mają szans. W mieście są utrudnienia komunikacyjne, nie da się w tych dniach przejechać przez miasto. Namawiam wszystkich, by na te dni przesiedli się na rowery. Albo to, że trudno zrobić zakupy. Zawsze proszę mieszkańców, by kupowali potrzebne rzeczy wcześniej, żeby na dni festiwalu sklepy były do dyspozycji woodstockowiczów. Problemy z dojazdem do firm mają kierowcy ciężarówek, którzy muszą zostawić towar często tam, gdzie podczas imprezy trudno dojechać. Apelujemy do przedsiębiorców, by podawali godziny przyjazdu ciężarówek. Potrzeba mnóstwo cierpliwego tłumaczenia w wielu sprawach.
Kiedy w Kostrzynie rozpoczynają się przygotowania do Woodstocku?
- Myślenie o kolejnym Woodstocku zaczyna się tak właściwie od razu po zakończeniu Woodstocku. Czekamy na sygnał od Jurka Owsiaka, czy potwierdzają organizację kolejnego festiwalu, i w lutym albo w marcu Jurek mówi "robimy". Spotykamy się w Warszawie albo Kostrzyniu i już tak na poważnie wraca temat Woodstocku. Za każdym razem robimy to od nowa, dementuję wszelkie plotki o jakichś planach pięcioletnich dotyczących organizacji Przystanku Woodstock.
Ta impreza to dla miasta duży wysiłek organizacyjny?
- Dużo pracy było podczas pierwszego Przystanku. Trzeba było sprawdzić teren, podłączyć do sieci wodociągów czy zrobić wielką akcję informacyjną. To było trudne. A teraz tylko podłączamy krany pod istniejącą już sieć, słupy pod prąd, zlecamy policji organizację ruchu, uzgadniamy plan zabezpieczenia miasta. Mnóstwo za to jest dokumentów do przygotowania. Jako przykład podam pewne zdarzenie. Po dwóch pierwszych Przystankach zgłosiła się do nas Najwyższa Izba Kontroli. Chcieli sprawdzić, czy festiwal jest zorganizowany zgodnie z obowiązującym prawem, ponieważ nikt w kraju nie robi tak wielkiej imprezy. I proszę sobie wyobrazić, że trzy osoby sprawdzały dokumentację przez trzy i pół miesiąca, tyle tego było. Dziś nawet im dziękuję za tę kontrolę, bo mamy pewność, że wszystko robimy prawidłowo.
Przy tych wszystkich niedogodnościach i obowiązkach, to jednak Przystanek jest wielką promocją dla miasta.
- Przede wszystkim zmieniło się to, że Kostrzyn nie jest już tylko punktem na mapie. Tu przyjeżdżają ludzie z całego świata, wszyscy teraz kojarzą nas z Woodstockiem. Są miasta, które organizują imprezy, po których mogą dokładnie obliczyć, ile wyłożyli i ile zarobili. My nie jesteśmy w stanie tego policzyć. Ale wiem, ile zyskujemy: ile dzięki festiwalowi mamy wywiadów prasowych, ile jest transmisji telewizyjnych z Kostrzyna, a przecież każdy wie, jak dużo kosztuje minuta przekazu, gdy się ją zleca stacji telewizyjnej. Nie musimy na tę promocję w mediach wydawać nawet złotówki. Na organizację wydajemy około 300 tys., a w mieście zostaje kilka milionów, zatem to po prostu świetny interes. Festiwal sprzyja też pozyskiwaniu inwestorów i środków unijnych, ruszył wielki proces rewitalizacji miasta. Kostrzyn zaczął być postrzegany jako miasto, do którego przyjeżdża cały świat, a więc trzeba poprawić wiele rzeczy. No i poza tym czas Woodstocku to żniwa dla usługodawców, handlowców, PKP.
A sam Woodstock według pana zmienia się?
- Na Woodstocku widać, jak zmienia się Polska, polskie społeczeństwo. Ludzie przyjeżdżają na Przystanek lepszymi samochodami, siedzą w lokalach w mieście, jedzą w restauracjach, stać ich na to. I Woodstock w ten sposób też jest już inny.
Pan dobrze się bawi na Woodstocku?
- Za każdym razem mocno przeżywamy każdy Przystanek, robimy wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo i to nas stresuje. Ale potem, gdy jestem na festiwalowym polu, odpoczywam. Spaceruję i odpoczywam w tej wspaniałej atmosferze, jaka tam jest. Tylu słów "dziękuję", "przepraszam", tylu serdeczności, życzliwości nie ma na co dzień nigdzie. Tam jest taki luz, że nawet ten cały kurz mi nie przeszkadza. No i zero agresji. Poza tym wiele koncertów na Przystankach to koncerty zespołów, za którymi szalało moje pokolenie, więc zawsze świetnie się bawię. Cieszy mnie, że Woodstock robi naprawdę wiele dobrego. Poza tym, że zaspokaja potrzeby przeżyć artystycznych, to organizuje też wielkie zbiórki krwi, edukacyjne akcje ekologiczne, akcje przeciw uzależnieniom. Na Woodstocku trwa zdecydowana walka przeciw narkotykom, i przynosi efekty, jest coraz mniej przypadków zatrzymania kogoś z narkotykami. Przystanek to okazja do dotarcia do ogromnej liczby odbiorców w jednym miejscu, można tam wiele zdziałać.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć