Profesor Chybicka walczy z rakiem

Mirosława Dulat
02.08.2010 , aktualizacja: 03.08.2010 13:37
A A A Drukuj
Nawet kiedy wyjeżdża na urlop, myśli o swoich pacjentach. I choć miała propozycję pracy w lepszych warunkach za granicą, postanowiła, że będzie walczyć z rakiem u polskich dzieci. Robi to już 35 lat.
Prof. Alicja Chybicka
Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Prof. Alicja Chybicka

Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Profesor Alicja Chybicka jest kierownikiem Katedry i Kliniki Transplantologii Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu. O sobie co chwilę mówi, że jest bardzo stara. Ale o swojej pracy opowiada z pasją. Z nowotworami u dzieci walczy od 35 lat. Kiedy zaczynała, szansę na przeżycie miało zaledwie 10-15 proc. małych pacjentów. O oddziałach onkologicznych dla dzieci mówiło się wówczas, że to fabryka aniołków. Dziś wyleczalność nowotworów jest na poziomie 80 proc. - Ale to i tak oznacza, że na setkę dzieci 20 umrze. A to 20 rodzinnych tragedii - mówi. O to, żeby się znaleźć wśród gości Akademii Sztuk Przepięknych na Przystanku Woodstock, sama poprosiła Jurka Owsiaka. W jej klinice na większości sprzętów można zobaczyć charakterystyczne orkiestrowe serduszko. Ostatnie dary od fundacji Owsiaka to nowoczesny rentgen i USG - mercedesy wśród medycznych sprzętów.

- A moim marzeniem jest, żeby jeszcze na Woodstocku, tuż przy ambulansach, w których pobierana jest krew, znalazł się jeszcze namiot, w którym uczestnicy festiwalu będą mogli dać próbkę krwi i zarejestrować się w banku dawców szpiku - tłumaczy prof. Chybicka. - Już w tym roku jest taka możliwość - przekonuje młoda woodstockowiczka. - To idźcie tam wszyscy i zostańcie dawcami szpiku. Może gdzieś na świecie ktoś będzie potrzebował waszych komórek macierzystych. A nie ma nic bardziej fantastycznego niż świadomość, że się ratuje czyjeś życie. Polska jest żałosna na tle Europy pod względem ilości dawców szpiku. W Niemczech są trzy miliony dawców. W Polsce tylko 60 tysięcy. A pobieranie szpiku nie boli i jest całkowicie bezpieczne - tłumaczy.

Alicja Chybicka ma jeszcze inne marzenie. Żeby każde dziecko w szkole nauczyło się, jak może u siebie rozpoznać objawy nowotworów. Dlaczego dzieci powinny o tym wiedzieć? - Miałam kiedyś kilkunastoletniego pacjenta, chłopca, u którego guz w jądrze miał już dwa kilogramy. Chodził w skate'owych spodniach, więc nikt nie było widać. A rodzice tłumaczą, że przecież nastoletnich dzieci już nie rozbierają do kąpieli. A on sam powinien wiedzieć, że musi o swoim problemie powiedzieć, żeby zgłosić się do lekarza. Inny chłopiec to wiedział. I jak sam u siebie pod obojczykiem wymacał powiększone węzły chłonne, powiedział o tym i udało się go uratować. Brakuje w szkole takiej edukacji. Chciałabym przeprowadzić szkolenie dla nauczycieli, żeby takich zachowań nauczyli swoich uczniów. Rozmawiałam już o tym z dolnośląskim kuratorem oświaty. I ciągle czekam na możliwość przeprowadzenia szkoleń - opowiada lekarka.

Wielu kolegów prof. Chybickiej nie wytrzymało w pracy na dziecięcej onkologii. - Chłopy po 1,90 metra wzrostu zrezygnowały z praktyki lekarskiej. Dzieci śniły im się po nocy. Jak lekarz walczy z rakiem dziecka przez kilka lat, zaprzyjaźnia się z nim, wie o nim wszystko. Moment, w którym pacjent opuszcza świat, to przeżycie, do którego nie można się przyzwyczaić. I ja również nadal się z tym nie pogodziłam. Ale ktoś te dzieci musi leczyć. Dlatego zostałam i leczę. Wielu onkologów wyjechało do pracy do Anglii czy Norwegii. Tam zajmują się tylko leczeniem. My w Polsce walczymy z biurokracją. Wypełniamy tony papierów, żeby zdobyć zgodę NFZ na terapię niestandardową. Miałam kiedyś pacjenta, który miał 18 lat i 3 dni. I przez te trzy dni nie łapał się już na leczenie na moim oddziale. A leki dla niego miały kosztować 70 tys. zł. Gdybym odesłała go na oddział dla dorosłych, czekałby w kolejce na przyjęcie do szpitala. A on nie mógł czekać. Wysłałam dwa pisma. Do NFZ i do Fundacji TVN. I jednocześnie zamówiłam leki. Termin płatności wynosił 60 dni. Po miesiącu przyszła odmowna odpowiedź z NFZ. I pozytywna z Fundacji TVN. Kiedyś może być tak, że będę musiała sprzedać ostatnie gacie, żeby zdobyć pieniądze na leczenie. Ale zrobię to.

Fenomen ASP - Woodstock to nie tylko muzyka

Akademia Sztuk Przepięknych to ogromny namiot na wzgórzu przy woodstockowym polu. Przez cztery dni przez namiot przewinęły się tysiące uczestników. A na scenie pojawiali się wyjątkowi goście: Jerzy Buzek, Tomasz Zimoch, Andrzej Wajda, Marek Niedźwiecki, Marek Piwowski, prof. Alicja Chybicka, Michał Ogórek. I wszyscy jakby się umówili - powtarzali, że takiej imprezy jeszcze nie widzieli, takiej publiczności jeszcze nie mieli. Jerzy Buzek jako jeden z nielicznych gości zdecydował się dotrzeć do ASP nie specjalnym autem, ale pieszo. Po drodze zaglądał do namiotów woodstockowiczów. - Ludzie z Kostrzyńsko-Słubickiej Strefy Ekonomicznej przygotowali dla niego specjalny obiad. A premier Buzek kazał sobie przywieźć jedzenie na pole. Zjadł obiad z Pokojowym Patrolem - mówi Jurek Owsiak.

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Dołącz do nas na Facebooku