Chrześcijanin pożarł lwa - reportaż Dużego Formatu z 2005 r. o braciach Marcinkiewiczach
21.10.2010
, aktualizacja: 21.10.2010 13:24
Rok 1964. Wczasy w Dziwnowie nad Bałtykiem. Na psie siedzi pięcioletni Kazimierz Marcinkiewicz. W wózku - bracia Arek i Mirek. - Mama nam opowiadała, że myśmy się bali wejść na takiego olbrzymiego psa, a Kaziu ani trochę - wspomina dziś Arkadiusz
- W 1997 roku przyjechał do Gorzowa Jarosław Kaczyński, wtedy lider niewiele znaczącego PC. Nie za bardzo miał kto z nim gadać. Zadzwoniłem do Kazia. A ten bardzo spokojnie: "Panie Robercie, niech pan zapamięta. Z przegranymi nie warto się spotykać". I nie przyszedł (z opowieści nieprzychylnego premierowi dawnego działacza AWS)
ZOBACZ TAKŻE
- Marcinkiewicz wraca do polityki. Buduje lubuską PJN (14-01-11, 17:15)
- Jest zgoda. Pomnika Marcinkiewicza nie będzie (25-11-09, 18:34)
- Marcinkiewicz nadal wizytówką Gorzowa (23-10-09, 18:01)
- Partyjny sąd kapturowy nad Marcinkiewiczem [ZDJĘCIA] (21-10-10, 08:40)
- Mojzesowicz z Marcinkiewiczem budują lubuski PJN (16-02-11, 17:45)
- Gorzów wart jest mszy. Ale bez PO, której należy się czas pokory i ascezy (07-12-10, 12:54)
- Marcinkiewicz tuż przed zmianą: Świadectwo katolika (03-02-09, 12:38)
- Rozwód Marcinkiewicza i show w tabloidzie (26-01-09, 18:52)
Premier poszedł do komunii, premierowa nie. Dzieci siedzą grzecznie z tyłu, w ławce za rodzicami. Premier wrócił, klęczy, poziewuje. Premierowa zerka na czubek buta. (Ładne czółenka, do tego brązowa spódniczka i tweedowy żakiet). W rodzinie mówią, że premierostwo mają ciche dni. (- Marylka nie chce, żeby Kazik był premierem. Bo rodzina ucierpi).
Rodzina: kino, partia, modlitwa
Rodzina Marcinkiewiczów przyjechała ze wschodu, jak cały powojenny Gorzów. Mieli 60 ha między Mińskiem a Smoleńskiem. W 1920 roku uciekli przed bolszewikami pod Lidę.
Rodzice premiera: Teresa, pracownica urzędu miejskiego na emeryturze, Marian, początkowo krawiec, szył i sprzedawał rzeczy na straganie, potem wieloletni kierownik gorzowskich kin Słońce i Kopernik. Organizował Dni Filmu Radzieckiego, jeździł "pociągiem przyjaźni" do Moskwy. Był w PZPR, jako lektor Komitetu Miejskiego tłumaczył politykę partii. Ale, jak podkreślają synowie, modlił się rano i wieczorem i dom był prawdziwie katolicki.
Braciom: Mireczkowi, Kazkowi i Areczkowi, rzadko udawało się wśliznąć na film niedozwolony. Tata nawet z widowni potrafił wyłapywać "nieletnich oszustów".
Bracia byli ministrantami od I komunii. Chcieli być księżmi, ale mówią, że zabrakło powołania. Kazimierz jeszcze jako nauczyciel służył do mszy. Mirosław (o rok starszy od premiera), ostatnio dyrektor oddziału PKO BP w Skwierzynie, Arkadiusz (o rok młodszy od premiera), z wykształcenia trener siatkówki, największy biznesmen w rodzinie, dzierżawi oba gorzowskie kina: Słońce i Kopernik.
Żona: Maria, z domu Brałko, z podgorzowskich Małomic, nauczycielka nauczania początkowego w szkole podstawowej.
Dzieci: Maciej (23 lata), Ula (22), Stanisław (19) i Piotruś (10).
Premier: Kazimierz Marcinkiewicz z Gorzowa, 46 lat, z wykształcenia nauczyciel fizyki (skończył Wydział Matematyki i Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego), z zawodu polityk, poseł i honorowy obywatel Nebraski (pamiątka po stażu poselskim w Ameryce). Pracę nauczyciela zaczynał od wychowawcy przedszkolnego, potem uczył w podstawówce. Pływa czterema stylami, w młodości dorabiał jako ratownik.
Dwa razy, w 1998 i 2005 roku, znalazł się w dziesiątce najlepszych posłów w rankingu tygodnika "Polityka".
W Gorzowie nikt się za premierem nie ogląda na ulicy. Chodzi bez obstawy. Jeździ kilkuletnim passatem dieslem.
Premierostwo mieszkają w centrum, przy deptaku. Pierwsze piętro nad fryzjerem. Krok do kina Słońce i spacerkiem do katedry. Mieszkanie ze sto metrów. Kiedyś były dwa mieszkania ze wspólną łazienką, ale jak zmarła sąsiadka, Kapustowa, połączyli w jedno. Wykupili od miasta pięć lat temu z należną bonifikatą za 12 861 zł i 45 gr. Podwórko obskurne, na linkach powiewa bielizna. Kamienica poniemiecka, komunalna, zaniedbana.
- Tak wygląda Polska - powie nam później premier. - Od ośmiu lat jestem posłem, ale nigdy nie czyniłem starań, żeby mi poza kolejnością klatkę odmalowali. Nie mam tego w charakterze.
Kariera: z przegranymi nie warto
27 września w telewizji Jarosław Kaczyński namaszcza Kazimierza Marcinkiewicza na premiera. Od 21 października nowy premier ma swój gabinet w Radzie Ministrów.
Dziennikarz gorzowski I (o Marcinkiewiczu pisuje od 13 lat). Zerka w telewizor: - Z wdzięku trochę Terminator, wśród premierów - jak Waldemar Pawlak, zawsze skupiony, napięty. Ale potrafi być sympatyczny. Wśród bliskich podobno wesołek i kawalarz. W Gorzowie mówią, że ma politycznego nosa. Kiedy na przykład Polska kpiła z Gorzowa, że miasto wstydzi się "Śfinstera", golasa z żelaza, Marcinkiewicz stał z boku, chociaż jego "pretorianie", młoda gorzowska prawica, walczyli z golasem z pianą na ustach.
Robert Bagiński (wtedy młody polityk gorzowskiej prawicy, wojewódzki sekretarz i rzecznik tutejszej AWS, teraz zamieszany w oszustwa ubezpiecze-niowe) nie przepada za Marcinkiewiczem i jego kolegami z ZChN. Dostał "po gębie" od Waldemara Fluegla, zastępcy Marcinkiewicza, bo starym działaczom ZChN nie spodobały się wybory Miss AWS, jakie Bagiński zorganizował w nocnym klubie. - Nie przesadzajmy z tym politycznym nosem - cedzi. - ZChN, który działał w Gorzowie jak rodzinna mafia, Kaziu prowadził koncertowo, to prawda. Ale miał wpadki. W 1997, kiedy powstawała w Gorzowie AWS, Marcinkiewicz jako szef ZChN był jednym z jej liderów. Przyjeżdżali do nas z Warszawy różni zepchnięci w cień działacze prawicy na robocze narady polityczne. Przyjechał Jarosław Kaczyński, wtedy lider niewiele znaczącego PC. Wpadł do Zarządu Regionu, nie za bardzo miał kto z nim gadać. Szef Zarządu kazał mi szybko znaleźć kogoś, kto pójdzie z Kaczyńskim na kolację. Zadzwoniłem do Kazia. A ten bardzo spokojnie: "Panie Robercie, niech pan zapamięta. Z przegranymi nie warto się spotykać". I nie przyszedł.
Winko na Schodach Donikąd
- Kaziu też ciągnął winko w krzakach, się nie wyprze - pamiętają koledzy premiera z podwórka. - Bracia Marcinkiewiczowie mieszkali w bloku przy Dzieci Wrzesińskich. Spotykaliśmy się w parku, potem na Schodach Donikąd, tak się nazywają. Normalna łobuzerka. Potem Marcinkiewiczowie święci się bardziej zrobili. Działali w podziemiu. Trzymali się przy kościele.
Arkadiusz: - Od łobuzerki uratowało nas duszpasterstwo akademickie.
Rodzina: kino, partia, modlitwa
Rodzina Marcinkiewiczów przyjechała ze wschodu, jak cały powojenny Gorzów. Mieli 60 ha między Mińskiem a Smoleńskiem. W 1920 roku uciekli przed bolszewikami pod Lidę.
Rodzice premiera: Teresa, pracownica urzędu miejskiego na emeryturze, Marian, początkowo krawiec, szył i sprzedawał rzeczy na straganie, potem wieloletni kierownik gorzowskich kin Słońce i Kopernik. Organizował Dni Filmu Radzieckiego, jeździł "pociągiem przyjaźni" do Moskwy. Był w PZPR, jako lektor Komitetu Miejskiego tłumaczył politykę partii. Ale, jak podkreślają synowie, modlił się rano i wieczorem i dom był prawdziwie katolicki.
Braciom: Mireczkowi, Kazkowi i Areczkowi, rzadko udawało się wśliznąć na film niedozwolony. Tata nawet z widowni potrafił wyłapywać "nieletnich oszustów".
Bracia byli ministrantami od I komunii. Chcieli być księżmi, ale mówią, że zabrakło powołania. Kazimierz jeszcze jako nauczyciel służył do mszy. Mirosław (o rok starszy od premiera), ostatnio dyrektor oddziału PKO BP w Skwierzynie, Arkadiusz (o rok młodszy od premiera), z wykształcenia trener siatkówki, największy biznesmen w rodzinie, dzierżawi oba gorzowskie kina: Słońce i Kopernik.
Żona: Maria, z domu Brałko, z podgorzowskich Małomic, nauczycielka nauczania początkowego w szkole podstawowej.
Dzieci: Maciej (23 lata), Ula (22), Stanisław (19) i Piotruś (10).
Premier: Kazimierz Marcinkiewicz z Gorzowa, 46 lat, z wykształcenia nauczyciel fizyki (skończył Wydział Matematyki i Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego), z zawodu polityk, poseł i honorowy obywatel Nebraski (pamiątka po stażu poselskim w Ameryce). Pracę nauczyciela zaczynał od wychowawcy przedszkolnego, potem uczył w podstawówce. Pływa czterema stylami, w młodości dorabiał jako ratownik.
Dwa razy, w 1998 i 2005 roku, znalazł się w dziesiątce najlepszych posłów w rankingu tygodnika "Polityka".
W Gorzowie nikt się za premierem nie ogląda na ulicy. Chodzi bez obstawy. Jeździ kilkuletnim passatem dieslem.
Premierostwo mieszkają w centrum, przy deptaku. Pierwsze piętro nad fryzjerem. Krok do kina Słońce i spacerkiem do katedry. Mieszkanie ze sto metrów. Kiedyś były dwa mieszkania ze wspólną łazienką, ale jak zmarła sąsiadka, Kapustowa, połączyli w jedno. Wykupili od miasta pięć lat temu z należną bonifikatą za 12 861 zł i 45 gr. Podwórko obskurne, na linkach powiewa bielizna. Kamienica poniemiecka, komunalna, zaniedbana.
- Tak wygląda Polska - powie nam później premier. - Od ośmiu lat jestem posłem, ale nigdy nie czyniłem starań, żeby mi poza kolejnością klatkę odmalowali. Nie mam tego w charakterze.
Kariera: z przegranymi nie warto
27 września w telewizji Jarosław Kaczyński namaszcza Kazimierza Marcinkiewicza na premiera. Od 21 października nowy premier ma swój gabinet w Radzie Ministrów.
Dziennikarz gorzowski I (o Marcinkiewiczu pisuje od 13 lat). Zerka w telewizor: - Z wdzięku trochę Terminator, wśród premierów - jak Waldemar Pawlak, zawsze skupiony, napięty. Ale potrafi być sympatyczny. Wśród bliskich podobno wesołek i kawalarz. W Gorzowie mówią, że ma politycznego nosa. Kiedy na przykład Polska kpiła z Gorzowa, że miasto wstydzi się "Śfinstera", golasa z żelaza, Marcinkiewicz stał z boku, chociaż jego "pretorianie", młoda gorzowska prawica, walczyli z golasem z pianą na ustach.
Robert Bagiński (wtedy młody polityk gorzowskiej prawicy, wojewódzki sekretarz i rzecznik tutejszej AWS, teraz zamieszany w oszustwa ubezpiecze-niowe) nie przepada za Marcinkiewiczem i jego kolegami z ZChN. Dostał "po gębie" od Waldemara Fluegla, zastępcy Marcinkiewicza, bo starym działaczom ZChN nie spodobały się wybory Miss AWS, jakie Bagiński zorganizował w nocnym klubie. - Nie przesadzajmy z tym politycznym nosem - cedzi. - ZChN, który działał w Gorzowie jak rodzinna mafia, Kaziu prowadził koncertowo, to prawda. Ale miał wpadki. W 1997, kiedy powstawała w Gorzowie AWS, Marcinkiewicz jako szef ZChN był jednym z jej liderów. Przyjeżdżali do nas z Warszawy różni zepchnięci w cień działacze prawicy na robocze narady polityczne. Przyjechał Jarosław Kaczyński, wtedy lider niewiele znaczącego PC. Wpadł do Zarządu Regionu, nie za bardzo miał kto z nim gadać. Szef Zarządu kazał mi szybko znaleźć kogoś, kto pójdzie z Kaczyńskim na kolację. Zadzwoniłem do Kazia. A ten bardzo spokojnie: "Panie Robercie, niech pan zapamięta. Z przegranymi nie warto się spotykać". I nie przyszedł.
Winko na Schodach Donikąd
- Kaziu też ciągnął winko w krzakach, się nie wyprze - pamiętają koledzy premiera z podwórka. - Bracia Marcinkiewiczowie mieszkali w bloku przy Dzieci Wrzesińskich. Spotykaliśmy się w parku, potem na Schodach Donikąd, tak się nazywają. Normalna łobuzerka. Potem Marcinkiewiczowie święci się bardziej zrobili. Działali w podziemiu. Trzymali się przy kościele.
Arkadiusz: - Od łobuzerki uratowało nas duszpasterstwo akademickie.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień


