Jak oficerowie uciekli z obozu Woldenberg
01.09.2009
, aktualizacja: 01.09.2009 19:01
Brawurowa ucieczka z obozu jenieckiego Dobiegniew-Woldenberg. Wspominają bohaterowie rejterady
W czasie wojny w Oflagu II C Woldenberg w dzisiejszym Dobiegniewie osadzono kilka tysięcy oficerów weteranów kampanii wrześniowej. Wiele lat później jeden z nich, Jan Mickunas, napisał: "Dnia 28 czerwca 1940 r. z ppor. Jerzym Fularskim opuściliśmy obóz bez pożegnania towarzyskiego, za to żegnani ogniem trzech budek wartowniczych". Oto relacja uczestników tej ucieczki.
Jerzy Fularski: Rano 28 czerwca wyszedłem z baraku gdzieś przed czwartą (...). Gimnastykowałem się, żeby być w jako takiej kondycji.
Jestem prostym człowiekiem, wnukiem chłopa, synem wiejskiego inteligenta. Odczucie przyrody było i jest dla mnie popędem życiowym. Robię gimnastykę... Zaraz za drutami mam pole ziemniaczane, a nad nim coraz wyżej, coraz wyżej wzlatuje skowronek - i śpiewa... Jak ja mogłem siedzieć w niewoli?! Ten śpiew skowronka tak mnie podekscytował, że postanowiłem, że jeszcze dzisiaj uciekam. Wracam do baraku. Jaś Mickunas wstawał.
Poznałem go dużo wcześniej, w Lienzu nad Drawą w Austrii (...). Zaprzyjaźniliśmy się, pasowaliśmy do siebie usposobieniem. Mickunas był kapitanem artylerii konnej (...). Zaraz na początku niewoli postanowiliśmy, że uciekamy. Ale Lienz to jest miejscowość górzysta, teren nie do przebycia dla wyniszczonych organizmów, bo tam była głodówka. Marzyliśmy o wolności już w Austrii, więc tym bardziej nie zrezygnowaliśmy z ucieczki w Woldenbergu, bo obóz był po stronie niemieckiej, ale blisko starej granicy polskiej.
Jan Mickunas: Wszelkie skomplikowane sposoby wymagające długich i żmudnych przygotowań, jak podkopy, odrzucaliśmy z góry. Zakładaliśmy, że wyjdziemy "po sportowemu".
Fularski: Mówię: "Jasiu, ja dzisiaj uciekam". On na to: "Razem uciekamy". Proponuję: "Ty idź na stronę zachodnią, a ja na południowo-wschodnią. Rozpoznamy, gdzie są najlepsze możliwości".
Zeszliśmy się na obiad. On zaprowadził mnie na miejsce, w którym proponował przeciąć druty i przeć dalej. Ja pokazałem miejsce, które uważałem za najlepsze. Mój pomysł okazał się szczęśliwszy.
Ogrodzenie obozu wyglądało tak: najpierw były nisko rozpięte druty "ostrzegawcze", do których wolno było dochodzić. Wzdłuż nich biegła ścieżka wydeptywana przez "gefangenów", to znaczy przez nas. Za tymi drutami wolno było do nas strzelać. Do głównego ogrodzenia było może 10 metrów, może nawet trochę mniej. Główne ogrodzenie wyglądało tak: z jednej strony ściana drutów, z drugiej strony ściana drutów, a w środku druciane kłębowisko.
Obóz był w trakcie organizacji. Codziennie przychodziły nowe transporty (...). Niemcy nie panowali nad sytuacją. W pewnym miejscu wyprowadzali na zewnątrz do szamba rury kanalizacyjne. Przy okazji przycięli trochę druty... Rury zostawili na wierzchu, rowu nie zasypali. Był wąski i trochę płytki, ale dalej, gdzie rura dochodziła do drutów głównych, zauważyłem spadek. Trzeba było tylko podgiąć kłębowisko drutów...
Mickunas: Należało wyjść w czasie między wieczornym apelem a 21.30, gdyż o godzinie 22.00 rozpoczynały służbę wzdłuż drutów dodatkowe piesze patrole z psami.
Fularski: W Lienzu (...) na żeliwnym piecyku suszyliśmy na suchary porcję chleba. Niewielką, bo Austriacy słabo nas karmili. Nasuszyliśmy ich cztery woreczki. Niewielkie mieliśmy zapasy. Suszone suchary, o których wspominałem, trochę boczku i cukru. Chyba jeszcze dwie tabliczki czekolady. Jaś skombinował nożyce do drutu. Może kupił za chleb?
(...) Bok obozu miał 600-800 metrów. Na rogach i pośrodku wieże. Na nich stali dwaj wartownicy z karabinem maszynowym. Jedna z tych wież stała prawie nad miejscem, w którym chcieliśmy uciec. To było bardzo korzystne położenie, bo wartownicy zwykle patrzyli naprzód, a nie na dół.
Zawiązaliśmy "główny" worek. Był dość duży, jak dzisiaj używane worki na sto kilo. W biały dzień przenieśliśmy go pod tę budkę. Wartownik niczego nie zauważył.
Szarzało, ale było widno. Jednak była to jedyna możliwa pora ucieczki, bo wieczorem Niemcy wystawiali wartę na ziemi między drutami. Wtedy odcinek między jedną a drugą wieżą strażniczą patrolowało dwóch wartowników. W tych warunkach ucieczka byłaby niemożliwa.
Po obu stronach głównej ulicy obozu stały baraki o numerach od jeden do szesnaście. Myśmy siedzieli w baraku trzecim, a w szesnastym siedzieli marynarze i obrońcy Westerplatte. Kiedy Niemcy przeliczali ten ostatni barak, po zapleczu jeszcze stojących kolegów doszliśmy do miejsca, gdzieśmy mieli uciekać (...). Doszliśmy do jeszcze stojącej obsady tego baraku - i od razu pod druty. Oni się zorientowali, co chcemy zrobić, i zaczęli krzyczeć, żebyśmy się cofnęli. Głównie krzyczeli koledzy z obrony Westerplatte. "Co ty robisz? Wariat!". Bo ta ucieczka to była śmierć (...). Myśmy nie zareagowali, a oni się prędko zorientowali, że jak będą protestować, to Niemcy się zorientują - i dali spokój.
Skoczyliśmy do rowku. Ja pierwszy, ciągnąc worek, drugi Jaś, popychając. Przepchnęliśmy się przez druty. Jeszcze wartownicy mieli skierowane oczy na kolumny jeńców, jeszcze oficerowie niemieccy je liczyli, a my już byliśmy pod drutami.
Mickunas: Obok ostatniego baraku zorganizowaliśmy nieludzki bałagan i zamieszanie. Mieszkańcy tego baraku na naszą prośbę przedziwnie "rozrabiali" po apelu, urządzali różne "berki" i inne hałaśliwe igry, by odwrócić uwagę wartowników pełniących służbę na wieżach strażniczych. Na wschodniej ścianie obozu były trzy takie wieżyczki, nasze przejście miało się odbyć w odległości około 30 metrów od środkowej.
Przez godzinę pracowaliśmy jak w transie. Ręce - jedna rana, mundury na plecach - w strzępach.
Fularski: Niezaobserwowani przeczołgaliśmy się przez pierwsze druty, wleźliśmy pod drugie. Druty się trochę odgięły, a Jaś trochę je podciął. Zrobiło się szerzej i udało się wyleźć. Jesteśmy już poza głównymi drutami i czekamy na jako taki zmrok.
Mickunas: O godzinie 21.30 druty były za nami, a my w płytkim rowie, w którym sączyła się jakaś gęsta, złowonna ciecz. To kanalizacja zaczynała działać, a sześć tysięcy ludzi przygotowywało się do snu.
Jerzy Fularski: Rano 28 czerwca wyszedłem z baraku gdzieś przed czwartą (...). Gimnastykowałem się, żeby być w jako takiej kondycji.
Jestem prostym człowiekiem, wnukiem chłopa, synem wiejskiego inteligenta. Odczucie przyrody było i jest dla mnie popędem życiowym. Robię gimnastykę... Zaraz za drutami mam pole ziemniaczane, a nad nim coraz wyżej, coraz wyżej wzlatuje skowronek - i śpiewa... Jak ja mogłem siedzieć w niewoli?! Ten śpiew skowronka tak mnie podekscytował, że postanowiłem, że jeszcze dzisiaj uciekam. Wracam do baraku. Jaś Mickunas wstawał.
Poznałem go dużo wcześniej, w Lienzu nad Drawą w Austrii (...). Zaprzyjaźniliśmy się, pasowaliśmy do siebie usposobieniem. Mickunas był kapitanem artylerii konnej (...). Zaraz na początku niewoli postanowiliśmy, że uciekamy. Ale Lienz to jest miejscowość górzysta, teren nie do przebycia dla wyniszczonych organizmów, bo tam była głodówka. Marzyliśmy o wolności już w Austrii, więc tym bardziej nie zrezygnowaliśmy z ucieczki w Woldenbergu, bo obóz był po stronie niemieckiej, ale blisko starej granicy polskiej.
Jan Mickunas: Wszelkie skomplikowane sposoby wymagające długich i żmudnych przygotowań, jak podkopy, odrzucaliśmy z góry. Zakładaliśmy, że wyjdziemy "po sportowemu".
Fularski: Mówię: "Jasiu, ja dzisiaj uciekam". On na to: "Razem uciekamy". Proponuję: "Ty idź na stronę zachodnią, a ja na południowo-wschodnią. Rozpoznamy, gdzie są najlepsze możliwości".
Zeszliśmy się na obiad. On zaprowadził mnie na miejsce, w którym proponował przeciąć druty i przeć dalej. Ja pokazałem miejsce, które uważałem za najlepsze. Mój pomysł okazał się szczęśliwszy.
Ogrodzenie obozu wyglądało tak: najpierw były nisko rozpięte druty "ostrzegawcze", do których wolno było dochodzić. Wzdłuż nich biegła ścieżka wydeptywana przez "gefangenów", to znaczy przez nas. Za tymi drutami wolno było do nas strzelać. Do głównego ogrodzenia było może 10 metrów, może nawet trochę mniej. Główne ogrodzenie wyglądało tak: z jednej strony ściana drutów, z drugiej strony ściana drutów, a w środku druciane kłębowisko.
Obóz był w trakcie organizacji. Codziennie przychodziły nowe transporty (...). Niemcy nie panowali nad sytuacją. W pewnym miejscu wyprowadzali na zewnątrz do szamba rury kanalizacyjne. Przy okazji przycięli trochę druty... Rury zostawili na wierzchu, rowu nie zasypali. Był wąski i trochę płytki, ale dalej, gdzie rura dochodziła do drutów głównych, zauważyłem spadek. Trzeba było tylko podgiąć kłębowisko drutów...
Mickunas: Należało wyjść w czasie między wieczornym apelem a 21.30, gdyż o godzinie 22.00 rozpoczynały służbę wzdłuż drutów dodatkowe piesze patrole z psami.
Fularski: W Lienzu (...) na żeliwnym piecyku suszyliśmy na suchary porcję chleba. Niewielką, bo Austriacy słabo nas karmili. Nasuszyliśmy ich cztery woreczki. Niewielkie mieliśmy zapasy. Suszone suchary, o których wspominałem, trochę boczku i cukru. Chyba jeszcze dwie tabliczki czekolady. Jaś skombinował nożyce do drutu. Może kupił za chleb?
(...) Bok obozu miał 600-800 metrów. Na rogach i pośrodku wieże. Na nich stali dwaj wartownicy z karabinem maszynowym. Jedna z tych wież stała prawie nad miejscem, w którym chcieliśmy uciec. To było bardzo korzystne położenie, bo wartownicy zwykle patrzyli naprzód, a nie na dół.
Zawiązaliśmy "główny" worek. Był dość duży, jak dzisiaj używane worki na sto kilo. W biały dzień przenieśliśmy go pod tę budkę. Wartownik niczego nie zauważył.
Szarzało, ale było widno. Jednak była to jedyna możliwa pora ucieczki, bo wieczorem Niemcy wystawiali wartę na ziemi między drutami. Wtedy odcinek między jedną a drugą wieżą strażniczą patrolowało dwóch wartowników. W tych warunkach ucieczka byłaby niemożliwa.
Po obu stronach głównej ulicy obozu stały baraki o numerach od jeden do szesnaście. Myśmy siedzieli w baraku trzecim, a w szesnastym siedzieli marynarze i obrońcy Westerplatte. Kiedy Niemcy przeliczali ten ostatni barak, po zapleczu jeszcze stojących kolegów doszliśmy do miejsca, gdzieśmy mieli uciekać (...). Doszliśmy do jeszcze stojącej obsady tego baraku - i od razu pod druty. Oni się zorientowali, co chcemy zrobić, i zaczęli krzyczeć, żebyśmy się cofnęli. Głównie krzyczeli koledzy z obrony Westerplatte. "Co ty robisz? Wariat!". Bo ta ucieczka to była śmierć (...). Myśmy nie zareagowali, a oni się prędko zorientowali, że jak będą protestować, to Niemcy się zorientują - i dali spokój.
Skoczyliśmy do rowku. Ja pierwszy, ciągnąc worek, drugi Jaś, popychając. Przepchnęliśmy się przez druty. Jeszcze wartownicy mieli skierowane oczy na kolumny jeńców, jeszcze oficerowie niemieccy je liczyli, a my już byliśmy pod drutami.
Mickunas: Obok ostatniego baraku zorganizowaliśmy nieludzki bałagan i zamieszanie. Mieszkańcy tego baraku na naszą prośbę przedziwnie "rozrabiali" po apelu, urządzali różne "berki" i inne hałaśliwe igry, by odwrócić uwagę wartowników pełniących służbę na wieżach strażniczych. Na wschodniej ścianie obozu były trzy takie wieżyczki, nasze przejście miało się odbyć w odległości około 30 metrów od środkowej.
Przez godzinę pracowaliśmy jak w transie. Ręce - jedna rana, mundury na plecach - w strzępach.
Fularski: Niezaobserwowani przeczołgaliśmy się przez pierwsze druty, wleźliśmy pod drugie. Druty się trochę odgięły, a Jaś trochę je podciął. Zrobiło się szerzej i udało się wyleźć. Jesteśmy już poza głównymi drutami i czekamy na jako taki zmrok.
Mickunas: O godzinie 21.30 druty były za nami, a my w płytkim rowie, w którym sączyła się jakaś gęsta, złowonna ciecz. To kanalizacja zaczynała działać, a sześć tysięcy ludzi przygotowywało się do snu.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień


