Poczekał aż zasną, a potem zabił ich siekierą

Maja Sałwacka
02.12.2009 , aktualizacja: 02.12.2009 08:03
A A A Drukuj
Co nowego wiemy o zbrodni w Borowinie(Lubuskie). O godz. 4.30 Mikołaj zadzwonił na policję. - Zabiłem swoich rodziców. Siekierą - wyznał. Podczas przesłuchania podał motyw: - Jestem gejem, a oni nie tolerowali mojego związku z chłopakiem
Dom we wsi Borowina. Kiedy policjanci weszli do środka, zobaczyli leżących we krwi, zamordowanych siekierą małżonków
Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta
Dom we wsi Borowina. Kiedy policjanci weszli do środka, zobaczyli leżących we krwi, zamordowanych siekierą małżonków
Zbrodnia wydarzyła się w zaniedbanym domu tuż przy ruchliwej drodze pomiędzy Zieloną Górą a Bolesławcem we wsi Borowina. To tam w niedzielę rano policjanci znaleźli zwłoki zamordowanych. Małżonkowie Hanna i Artur B. leżeli na wersalce w kałuży krwi. Ich głowy były rozcięte siekierą. Biegły lekarz nie potrafił ocenić, który z kilkunastu ciosów okazał się śmiertelny. Wiadomo, że kobieta próbowała się bronić, miała ślady na rękach. Do zabójstwa przyznał się ich 19-letni syn Mikołaj. Chłopak sam zadzwonił po policję i spakował torbę do aresztu. We wtorek w południe został przesłuchany przez prokuratora. Swoje zeznania potwierdził przed sądem, gdy zapadała decyzja o tymczasowym areszcie.

- Złożył obszerne wyjaśnienia. Przyznał się do zabójstwa rodziców. Podał powód. Rodzice nie tolerowali jego związku gejowskiego. Stali na jego drodze do szczęścia, wiec ich zabił - opowiada Kazimierz Rubaszewski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.

Mikołajowi przedstawiono zarzut podwójnego morderstwa. Grozi mu minimalnie 25 lat maksymalnie nawet dożywocie. Na razie trafił na trzy miesiące do aresztu. Czekają go także badania psychiatryczne w zamkniętym oddziale.

Bystry chłopak, dobrze się uczył

- To była wysoka, piękna szatynka, o twarzy aniołka. A on malował. Jego pejzaże były naprawdę piękne - wspomina zamordowanych pani Mariola, sprzedawczyni w jedynym we wsi sklepie. - Mikołaj był dla mamy oczkiem w głowie. Była z niego dumna, woziła do szkół, dbała, by się nie przemęczał.

Hanna i Artur poznali się na wakacjach w Grecji. Ona, po studiach, rzuciła rodzimą Łódź i zamieszkała z rodzicami męża w Borowinie. Kilka lat temu odziedziczyli dom po dziadkach. Właśnie zabierali się za remont. Liczyli, że kiedyś zamieszka tu ich jedyny syn. Małżeństwo prowadziło firmę konsultingową. Współpracowali z firmami włókienniczymi w całej Europie. Pani Hanna - z wykształcenia ekonomistka i anglistka - miała w niedzielę jechać do Hiszpanii. Kierowca przyjechał po nią w niedzielę rano. Przed domem zastał policjantów.

W wiosce Mikołaj uchodzi za cudowne dziecko. Każdy wspomina o licznych olimpiadach, które wygrywał, o stypendium w gdyńskim liceum, które ufundował mu minister edukacji za wzorową naukę. Inni opowiadali, że w ogóle nie chodził do gimnazjum. Był tak zdolny, że podobno od razu przyjęli go do liceum. Tak opowiadała we wsi o nim matka. - Geniusz, bystry, w pamięci liczy szybciej niż ja na kasie. A z drugiej strony, zjadając batona, potrafił zagapić się w półkę z towarem jak małe dziecko. Popadał w takie zamyślenie. Czasami wracając z zakupów zapominał odwiązać psa spod sklepu - opowiada pani Mariola.

Jak sprawdziliśmy, Mikołaj faktycznie startował w wielu konkursach. m.in. był finalistą wojewódzkiej olimpiady fizycznej w gimnazjum, zajął III miejsce w ogólnopolskim konkursie matematycznym. Po gimnazjum sam wybrał sobie bardzo dobre liceum w Gdyni, które współpracuje z wyższymi uczelniami. Ale nie rekomendował go minister. Dostał się normalną procedurą, jak inni kandydaci. Wybrał klasę z rozszerzoną nauką matematyki, informatyki, fizyki oraz chemii. Kolegom tłumaczył, że chciał "urwać się z domu".

- Był przeciętnym uczniem. Nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Rzadko odwiedzał rodzinny dom, ale to raczej z powodów materialnych. Szkoła pomagała mu finansowo - opowiada Wiesław Kosakowski, dyrektor popularnego III LO w Gdyni. Mikołaj lubił uczyć się języków. Perfekcyjnie znał angielski i niemiecki. Pasjonował się magią i grami RPG. Lubił też karciane gry fantasy. Mikołaj podobnie jak ojciec malował obrazy. Startował nawet do poznańskiej ASP, ale się nie dostał. Wtedy złożył papiery na wrocławską politechnikę. Obecnie jest studentem 1. roku mechatroniki.

- Mówił, że będzie konstruował rozruszniki do serca, że chce ratować życie ludziom - opowiada jego sąsiadka z Borowiny. - Mnie też ratował, gdy kleszcz wpił się pod żebrem. Zapytał, czy zniosę ból. Rozciął skórę nożem i go wyjął. Miał gładkie ręce jak lekarz. Nie trzymał w nich siekiery. A teraz ludzie mówią, że przywiózł ją specjalnie, aż z Wrocławia.

Mikojał prawdopodobnie planował morderstwo od dłuższego czasu. Śledczy potwierdzają, że morderstwo nie było wynikiem sprzeczki. Chłopak z premedytacją czekał, aż rodzice zasną. Siekierę przywiózł z Wrocławia w placaku.

Chłopcy ze wsi: Kujon nie miał czasu na miłość

Mikołaj nie miał we wsi kolegów. Był typem samotnika. Nie wdawał się w podwórkowe dyskusje. Jego rówieśnicy twierdzą, że miał się za kogoś mądrzejszego. Nie wiedzieli, że jest gejem. - Fakt, nigdy nie widzieliśmy go z dziewczyną, ale myśleliśmy, że to typ kujona, który nie ma czasu na miłość - opowiadają chłopcy ze wsi.

Mikołaj od dwóch lat spotykał się z mężczyzną, który był starszy od niego o siedem lat. Razem wynajmowali mieszkanie we Wrocławiu. O tym, że jest gejem we wsi wiedzieli tylko jego rodzice. Prawdopodobnie próbowali wymóc na synu leczenie. Nakłonić, by zerwał ze partnerem. - Nie afiszował się ze swoim homoseksualizmem. Ale domyślaliśmy się, że ma chłopaka, bo jeden starszy nie odstępował go na krok - opowiadają koledzy z politechniki, którzy nie potrafią uwierzyć w tragedię.

Czy mógł zabić, bo rodzice nie tolerowali jego homoseksualizmu? - Wątpię. Hanka to nie była jakaś zaściankowa kobieta. Podobnie Artur. Myślę, że nie robiliby mu problemów. To byli ludzie tolerancyjni - opowiada sklepikarka.

Tekla Trochowska, sąsiadka zza miedzy: - Żył w swoim świecie. Czasami nawet głupiego "dzień dobry" nie powiedział. Nigdy nie przyjechał do domu z jakimś kolegą ani z koleżanką - opowiada. - Oni dla niego dom remontowali, nadskakiwali, chuchali. Pytali ciągle, czy ciepło ubrany? Czy nie jest głodny? Matka wysyłała mu paczkami jedzenie do Gdyni. Tak jej się odwdzięczył.

Pani Marta (imię zostało zmienione), kuzynka zamordowanego Artura B. nie wierzy w winę chłopca. Podobnie jak pozostała część rodziny - w tym babcia i dziadek. Wierzą, że małżeństwo zostało zamordowane przez złodziei. Pani Hanka miała dostać w piątek wypłatę. Listonosz się spóźnił. Pieniądze przyszły w poniedziałek. Nie wierzą, że Mikołaj jest gejem. Twierdzą, że to jakieś nieporozumienie.

- Chcieli okraść Hankę i Artura, więc jak nie znaleźli pieniędzy, zabili ich. Może Mikołajowi w szoku się wszystko pomieszało? - tłumaczy Marta.

Dziadkowie szukają prawnika, który będzie bronił wnuka. Tymczasem śledczy nie znaleźli śladów włamania do domu. Nie wykluczają jednak, że pieniądze mogły być motywem, który także przyczynił się do zabójstwa.

Podziel się

  • 64 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Dołącz do nas na Facebooku